sobota, 10 września 2016
Zawieszam
Wiem, że was pewnie zawiodłam tym, że nie było dużo rozdziałów w te wakacje. Nie miałam kiedy i jak ich napisać, poza tym wena też mi nie dopisywała. Nie chce was też oszukiwać, że teraz się poprawię, bo właśnie zaczęłam trzecią klasę gimnazjum i już mamy sprawdziany i kartkówki. Ten rok jest dla mnie bardzo ważny i chce włożyć w niego 100%. Niestety przez to muszę zawiesić bloggera nie wiem na jak długo. Mam nadzieje, że nie jesteście na mnie złe i, że mnie rozumiecie
piątek, 8 lipca 2016
Ważne nie omijaj!!!
Piszę do was z telefonu, więc z góryprzepraszam za błędy. Jak wiecie obiecałam wam rozdział i znowu się nie wywiązałam za co przepraszam. Ale chcę, żebyście wiedzieli, że jestem na wyjeździe i nie wiem jakim cudem nie ma tu wi-fi, a rozdział jest jeszcze nie skończony. Więc musicie uzbroić się w cierpliwość. Mam nadziej, że nie jesteście bardzo wściekłe na mnie.
Do zobaczenia :*
Do zobaczenia :*
czwartek, 30 czerwca 2016
Rozdział 13
Właśnie wychodzę z mojego dawnego miejsca pracy i zastanawiam się co ja najlepszego zrobiłam. Przecież teraz nie mam ani grosza na utrzymanie siebie, a na Leon'ie nie mogę długo wisieć. Właśnie w tym momencie uświadamiam sobie, że jestem dla niego problemem. Ledwo co mnie poznał, a ja już jestem na jego utrzymaniu, co on sobie o mnie musi myśleć?! Jest dla mnie ważny i nie chce go stracić przez to, że wyjdę na jakąś pieprzoną larwę życiową! Nagle rozbrzmiewa dzwonek mojego telefonu, szybko sprawdzam, kto próbuje się ze mną skontaktować. W takim samum tempie odrzucam połączenie i wyłączam urządzenie. Nie mam zamiaru teraz z nim gadać, muszę przemyśleć co zrobię dalej ze sobą. Nie interesuje mnie fakt, że szatyn może się martwić, teraz nie chcę spojrzeć w jego przepiękne oczy wiedząc, że nie mam kompletnie nic, żeby się odwdzięczyć. Idę przez park do mojego starego domu, tak znowu nie mam jak trafić do domu szybciej niż dwie godziny. I nie pójdę do Leon'a ani po niego nie zadzwonię, nie mam zamiaru być jego problemem na głowie. Z kolejnym krokiem moja szpilka się łamie, a ja upadam plecami na twardy chodnik. Jęczę z bólu i powoli się podnoszę, zdejmuję już bezużytecznego buta z nogi ciskam nim do kosza i to samo robię z drugim. Teraz patrzę pod nogi, aby nie stanąć na szkle, bo tego bym chyba nie zniosła. Z każdym kolejnym metrem wypominam sobie wszystkie nieudane rzeczy z mojego życia. Jak zerwał ze mną James, bo miał inną. Dzień moich ostatnich urodzin, pamiętacie? Poznaliśmy się wtedy i jakie wrażenie na was zrobiłam? Głupia, niezdara, której nic w życiu nie wyszło... I wiecie co jest najgorsze? Jak poznałam Leon'a to przestałam w to wierzyć, ale to wraca i znów czuję się jak pomyłka życia. Z każdym kolejnym krokiem coraz więcej łez opuszcza moje oczy i moczy policzki. Czuje się coraz gorzej, zamykam oczy co okazję się największym popełnionym dziś przeze mnie błędem, gdyż staję na kawałek potłuczonego szkła i zwijam się z bólu. A pro po pomyłki życiowej. Siedzę na tym cholernym chodniku i nie wiem co zrobić, zaczynam płakać. Nagle słyszę w oddali głos Leona.
- Violetta!- a ja nie mogę uwierzyć, że mnie szuka.- Violetta! Słyszysz mnie!
- Tutaj!- krzyczę i dopiero widzę, że zeszłam ze ścieżki, brawo kretynko... Po chwili szatyn pojawia się koło mnie i wyciąga w moją stronę dłoń, abym wstała. Chwytam mocno i wstaję, lecz ból przeszywający moją stopę zgina mnie w pół, a przed upadkiem ratuje mnie Leon.
- Cholera, czemu nic mi nie powiedziałaś.- syczy i bierze mnie na ręce, a ja mam potwierdzenie, że jestem jego problemem. Niesie mnie do samochodu i sam wsiada, nie odzywam się przez całą drogę, aż stajemy pod... szpitalem?!
- Leon, coś się stało, że tu przyjechaliśmy?- pytam przerażona, a on patrzy na mnie sceptycznie.
- Twoja noga.- wskazuje na miejsce, gdzie powstaje plama krwi. Wyciąga mnie z samochodu i szybko wchodzi do wielkiego budynku, którego nienawidzę.
Po godzinie wychodzimy w ciszy, nie mam pojęcia co mam zrobić. Płakałam mówiąc, że jestem dla niego problemem, a po kilku minutach dodałam mu kolejnego, czyli bezsensowne siedzenie w szpitalu i plama na tapicerce... Szatyn pomaga wsiąść mi do samochodu, a kule, które dostałam odkłada na tylne siedzenie, okazało się, że rana jest tak głęboka, iż trzeba było ją zaszywać i nie mogę teraz chodzić przez miesiąc i za dwa tygodnie mam ściągnięcie szwów. Szatyn wsiada na miejsce kierowcy.
- Powiesz mi teraz co tam do cholery robiłaś i czemu nie odbierałaś ode mnie telefonów?!- jest zły. a ja milczę.- Cholera Violetta!
- Zawieź mnie do mojego mieszkania!- krzyczę i wybucham płaczem, nie chcę być jego problemem mam dosyć świadomości, że go ograniczam.
- Co się dzieje?- pyta spokojniejszy.
- Odwieź mnie do MOJEGO mieszkania, proszę.- powtarzam. Zrezygnowany wzdycha, odpala silnik i ruszamy spod szpitala.
- Violetta... Co się stało?- próbuje po raz kolejny.
- Nic.
- Jesteś na mnie zła?
- Nie.
- Znalazłem cię w parku, zapłakaną z rozciętą nogą, co się tam kurwa stało?!
- Nic.- mężczyzna nie wytrzymuje i zjeżdża na chodnik.
- Violetta, kurwa co się z tobą dzisiaj dzieje?!- wybucha.- Staram się ci pomóc dbać o ciebie i nie robić wyrzutów, że nie spotykamy się przez tydzień i nawet nie rozmawiamy, bo masz ciężką pracę! Co robię?! Staram się ci pomóc! Ale ty masz to w nosie i nawet nie mówisz co się stało, a ja się cholernie martwię o ciebie, czy to jest tak trudno pojąć?!- krzyczy, a ja co raz bardziej płaczę.
- Nie widzisz tego?! Jestem dla ciebie problemem!
- Nigdy nie byłaś i nigdy nie będziesz dla mnie problemem!- wychodzi z samochodu i obchodzi samochód, bierze mnie w ramiona zamykając samochód.
- Co robisz?- łka, lecz nie słyszę odpowiedzi.- Leon.- nadal nic. Idziemy w ciszy, aż dochodzimy do jeziora. Kładzie mnie na trawie i sam siada obok mnie, nie odzywamy się do siebie, nagle szatyn przyciąga mnie do siebie i zamyka w szczelnym uścisku.
- Przepraszam cię.- łkam po raz kolejny tego wieczora.
- Nigdy nie będziesz moim problemem, jesteś najwspanialszym co mnie spotkało.- mruczy w moją szyję i składa na niej pocałunki, które schodzą z szyi na obojczyk, ramię i wracają tą samą ścieżką do moich ust, które były stęsknione za jego.
Po godzinie wychodzimy w ciszy, nie mam pojęcia co mam zrobić. Płakałam mówiąc, że jestem dla niego problemem, a po kilku minutach dodałam mu kolejnego, czyli bezsensowne siedzenie w szpitalu i plama na tapicerce... Szatyn pomaga wsiąść mi do samochodu, a kule, które dostałam odkłada na tylne siedzenie, okazało się, że rana jest tak głęboka, iż trzeba było ją zaszywać i nie mogę teraz chodzić przez miesiąc i za dwa tygodnie mam ściągnięcie szwów. Szatyn wsiada na miejsce kierowcy.
- Powiesz mi teraz co tam do cholery robiłaś i czemu nie odbierałaś ode mnie telefonów?!- jest zły. a ja milczę.- Cholera Violetta!
- Zawieź mnie do mojego mieszkania!- krzyczę i wybucham płaczem, nie chcę być jego problemem mam dosyć świadomości, że go ograniczam.
- Co się dzieje?- pyta spokojniejszy.
- Odwieź mnie do MOJEGO mieszkania, proszę.- powtarzam. Zrezygnowany wzdycha, odpala silnik i ruszamy spod szpitala.
- Violetta... Co się stało?- próbuje po raz kolejny.
- Nic.
- Jesteś na mnie zła?
- Nie.
- Znalazłem cię w parku, zapłakaną z rozciętą nogą, co się tam kurwa stało?!
- Nic.- mężczyzna nie wytrzymuje i zjeżdża na chodnik.
- Violetta, kurwa co się z tobą dzisiaj dzieje?!- wybucha.- Staram się ci pomóc dbać o ciebie i nie robić wyrzutów, że nie spotykamy się przez tydzień i nawet nie rozmawiamy, bo masz ciężką pracę! Co robię?! Staram się ci pomóc! Ale ty masz to w nosie i nawet nie mówisz co się stało, a ja się cholernie martwię o ciebie, czy to jest tak trudno pojąć?!- krzyczy, a ja co raz bardziej płaczę.
- Nie widzisz tego?! Jestem dla ciebie problemem!
- Nigdy nie byłaś i nigdy nie będziesz dla mnie problemem!- wychodzi z samochodu i obchodzi samochód, bierze mnie w ramiona zamykając samochód.
- Co robisz?- łka, lecz nie słyszę odpowiedzi.- Leon.- nadal nic. Idziemy w ciszy, aż dochodzimy do jeziora. Kładzie mnie na trawie i sam siada obok mnie, nie odzywamy się do siebie, nagle szatyn przyciąga mnie do siebie i zamyka w szczelnym uścisku.
- Przepraszam cię.- łkam po raz kolejny tego wieczora.
- Nigdy nie będziesz moim problemem, jesteś najwspanialszym co mnie spotkało.- mruczy w moją szyję i składa na niej pocałunki, które schodzą z szyi na obojczyk, ramię i wracają tą samą ścieżką do moich ust, które były stęsknione za jego.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przepraszam, że tak długo musieliście czekać.
Mam nadzieję, że wam się podoba.
Postaram się dodać kolejny rozdział w sobotę najpóźniej w niedzielę.
Proszę was o pozostawienie komentarza nawet zwykłej kropki.
Budziaki :*
niedziela, 22 maja 2016
Rozdział 12+ ważna notka
WAŻNA NOTKA, PRZECZYTAJ !!!
Koniec pracy, wreszcie wchodzę do domu, idę pod prysznic i myję się pod zimną wodą, która mam nadzieję , że mnie obudzi. Wychodzę z pomieszczenia w piżamie i turbanie na włosach. Przechodząc przez salon włączam telewizję na kanale muzycznym i tanecznym krokiem ruszam do kuchni, gdzie wstawiam wodę na herbatę i robię kolację. Jestem tak zmęczona, że ledwo widzę na oczy. Obecnie jest 23 a ja mam na 10 do pracy czyli muszę wstać o 7:30. Ledwo starcza mi czasu na zakupy raz na tydzień, z Leonem nie widziałam się od tygodnia, oczywiście rozmawiamy przez telefon, ale gdy on proponuje spotkanie, ja przepraszam go i tłumaczę, że jestem zmęczona. Nagle słyszę dzwonek do drzwi co mnie lekko niepokoi. Bezszelestnie podchodzę do drzwi i patrzę przez wizjer, dzięki czemu dostrzegam szatyna. Otwieram drzwi.- Zwariowałeś, wiesz jak mnie przestraszyłeś?- mówię na przywitanie, ale on nie przejmuje się tym tylko mnie całuje.
- Hej kochanie, też się cieszę, że cię widzę.- mówi- Wyglądasz jak zombie- wyznaje.
- Dzięki każda laska marzy, żeby usłyszeć coś takiego od chłopaka.- mówię sarkastycznie.
- Chodziło mi o to, że przez pracę masz wory pod oczami i sińce, poza tym po twojej twarzy widać przemęczenie.- tłumaczy.
- Wiem, ale nic na to nie poradzę, jeszcze tylko dwa dni i będę mogła się wyspać.- nie brzmi to za optymistycznie, ale jestem tak przyzwyczajona do pracy jak wół, że perspektywa wolnego dnia jest dla mnie niczym zbawienie.
- Oni ci zrobili pranie mózgu?- pyta zaskoczony moim stwierdzeniem.- Powinnaś mieć pracę max 8 godzin i wolny weekend jak inni, a nie pracujesz jak osioł i dostajesz tyle co nic.- oburza się.
- Leoś, nie mam innego wyjścia, musi mi starczyć na mieszkanie i jedzenie, a jak pracuje w takich godzinach to nie mam kiedy szukać innej, poza tym gdzie ja indziej mogłabym pracować.
- Masz za sobą studia, więc masz możliwości.- zaczyna.
- Ale nie mam ich jak wykorzystać, bo nikt za mnie nie zarobi.- kończę.
- Wprowadź się do mnie.- rzuca, a ja nie wiem co mam o tym myśleć.
- Leon to nie za wcześnie?- pytam cichutko.
- Możesz pomieszkać u mnie póki nie znajdziesz innej pracy, później jak będziesz chciała to się wyprowadzisz.- proponuje.
- Ale jak rzucę tą to mnie nie będzie stać nawet na jedzenie, wiesz o tym?- oburzam się.
- To ja ci pomogę.
- Nie Leon to za dużo...
- Jak będziesz chciała to mi oddasz, a jak nie to nic się nie stanie.- podchodzi do mnie i całuje mnie uniemożliwiając kolejne zaprzeczenie na jego propozycję.
- Ale będę się czuła nieswojo na twoim utrzymaniu, nawet nie wiem ile taki okres by trwał.- mówię wtulona w jego klatkę piersiową.
- Jesteśmy razem tak?- przytakuję.- Od czego ma się drugą połówkę jak nie od wsparcia?- zadaje kolejne pytanie.
- Dziękuję, kocham cię bardzo, wiesz o tym?- szatyn uśmiech się łobuzersko.
- Wiem, każda za mną szaleje, auć.- dostaje ode mnie z knykcia w brzuch.- To bolało trafiłaś mnie w pępek.- żali się jak małe dziecko. Śmieję się krótko i składam na jego ustach kolejny pocałunek.
- Wybacz, ale ja będę szła spać powoli, bo jutro.- przerywa mi.
- Jutro rzucasz tę pracę i przeprowadzasz się do mnie.- oznajmia, bierze mnie na ręce i kieruje się w stronę sypialni, gdzie kładzie mnie na łóżko, a sam położył się obok mnie. Objął mnie ramieniem i przyciągnął do swoich pleców, przykrył nas kołdrą i pocałował moje czoło.
- Śpij teraz skarbie, musisz odpocząć.- wtulam się w niego jak w misia.
- Dziękuję, że przyszedłeś dzisiaj i, że zostajesz, kocham cie.- mruczę w jego klatkę piersiową.
- Ja ciebie też kocham śliczna.-wtulam się jeszcze bardzie i po chwili odpływam do krainy snów.
~~~~~~~~~~~~~~~~
Przepraszam, że tak późno i takie nie wiadomo co,
ale jest końcówka roku i muszę wziąć się w garść.
Niestety źle się czuję to pisząc,
nie wiem kiedy wstawię next'a.
Może za tydzień, dwa lub dopiero po wystawieniu ocen.
Przepraszam was...
I jeszcze jedno, w tym czasie nie będę też komentowała.
bo całkowicie muszę się skupić na nauce i nie będę czytać opowiadań.
Oczywiście jak jakieś przeczytam to skomentuję, krótko, ale ślad zostawię.
No to do następnego :*
sobota, 14 maja 2016
Rozdział 11
Nie mam pojęcia co zrobić, gdy obaj mężczyźni wchodzą do mieszkania, tak dawno się nie widzieliśmy i nie rozmawialiśmy, ale mimo to i tak uśmiecham się nieświadomie.
- Diego.- wyprzedzam szatyna i przytulam się do starego przyjaciela.
- Viola.- odwzajemnia uścisk.- Nie sądziłem, że się jeszcze zobaczymy po twoim wyjeździe i zmianie telefonu, o czym mi nie powiedziałaś.- mówi z akcentem na dwa ostatnie słowa.
- Ludmiła, miała ci przekazać, bo ja nie miałam twojego, bo mi przejechał po nim samochód, ale teraz nie rozmawiam z Ludmiłą i nie dziwi mnie to, że kolejny raz mnie okłamała.- burczę na co brunet się śmieje.
- Co się stało? Myślałem, że to twoja przyjaciółka.- mówi zdziwiony.
- Ja też tak sądziłam, ale ostatnio wydarzyło się tyle, że wiem, iż się myliłam.- przytula mnie i szepcze do ucha.
- Nie martw się. Niestety muszę lecieć, bo mnie Verdas zabije wzrokiem.- chichoczemy oboje.- Dobra, ja chciałem ci powiedzieć, że załatwiłem ci zlecenie, więc jak będziesz mógł to zadzwoń.- mówi do szatyna, jakie zlecenie?!- A ty masz moją wizytówkę i zadzwoń jak będziesz chciała to się zgadamy na kawę i poplotkujemy.- śmiejemy się po czym brunet wychodzi. Patrzę na Leon'a, którego oczy ujawniają lekką zazdrość, uśmiecham się do niego i podchodzę zarzucając swoje ręce na jego barki.
- Diego to mój przyjaciel ze szkoły, jak się tu przeprowadziłam to urwał nam się kontakt.- tłumaczę.- Ale może ty też mi powiesz o co chodzi?- pytam i widząc na jego twarzy niechęć przejeżdżam dłonią po jego torsie, zostawiając ją na zapięciu od paska, druga zaś niszczy fryzurę.
- Tak masz zamiar wyciągnąć ze mnie informacje?- patrzy na mnie pobłażliwie, a ja pcham go na kanapę za nami i siadam na nim okrakiem, pochylam się nad jego szyją zaczynając ją całować. Słyszę jak zaczyna się śmieć, ale ja i tak wiem, że dowiem się tego czego chcę. Ssę jedno miejsce i pieszczę dłońmi jego klatkę piersiową z której pozbyłam się już koszuli. Odrywam się od szyi zostawiając malinkę na wysokości, którą zakryje bez problemu kurtką. Zaczynam całować jego umięśnione piersi i brzuch, aż w końcu czuję lekkie wybrzuszenie pod sobą. Poruszam biodrami i gdy szatyn chce się zamienić miejscami przytrzymuję go na co uśmiecha się łobuzersko.
- Mam swoje sposoby na wyciąganie informacji.- szepczę zmysłowo do jego ucha i delikatnie przygryzam jego płatek. Zaczynam całować jego umięśniony brzuch, z każdą chwilą czuję jak szatyn spina mięśnie coraz bardziej, wiem, że ma ochotę zrzucić mnie w siebie i przejść do rzeczy, ale ja nie przestanę póki się nie dowiem o co chodzi.- To powiesz mi o jakie chodzi zlecenie?- pytam zmysłowym głosem i pochylam się przed nim tak, że bez problemu widzi mój dekolt, bawi mnie fakt, że próbuje na niego nie patrzeć, ale to mężczyzna, więc przegrywa ze samym sobą po kilku sekundach. Widząc, że zielonooki zaczyna się wyłamywać zjeżdżam dłonią z jego szyi na jego przyjaciela, którego zaczynam masować przez spodnie. Mężczyzna zamyka oczy i spina wszystkie mięśnie, jednak jego oddech zdradza, że niedługo dowiem się tego czego chcę.- Skarbie, wystarczy, że odpowiesz mi na pytanie, a będziesz mógł zrobić co chcesz.- szepczę do ucha i zaczynam je całować nie przestając go masować.
- Jestem fotografem.- wyrzuca z siebie dysząc, nie ukrywam, że zdziwiło mnie to, ale jestem szczęśliwa, iż udało mi się. Zadowolona odpinam pasek od jego spodni i zsuwam je z niego, ku memu zdziwieniu szatyn wręcz rzuca się na mnie i w tempie ekspresowym zdejmuje moje ubrania. Śmieję się, gdy czuję jego usta na szyi i dłonie na zapięciu od stanika, przez chwilę bawi się moimi piersiami, ale jednak szybko decyduje się przejść do konkretu. Zsuwa moje majtki i masuje moją przyjaciółkę, wyjmuje palce gdy czuję, że robię się mokra i wchodzi we mnie. Nie ukrywam, że zdziwiło mnie, iż poczekał, aż ja również będę gotowa i nie parzył tylko na swój popęd. Zaczął poruszać się wolno.
- Szybciej.- duszę, czując rozkosz z każdym pchnięciem. Po kilku chwilach jego pchnięcia są szybkie i stanowcze, a ja czuję, że jestem u kresu. Rozkosz rośnie z każdym ruchem, aż w końcu rozpadam się pod nim i czuję ten błogi stan, a szatyn dołącza mnie po chwili. Leżymy tak parę minut, aż Leon wychodzi ze mnie i zanosi do sypialni, gdzie robimy powtórkę i zasypiamy dopiero nad ranem.
- Diego.- wyprzedzam szatyna i przytulam się do starego przyjaciela.
- Viola.- odwzajemnia uścisk.- Nie sądziłem, że się jeszcze zobaczymy po twoim wyjeździe i zmianie telefonu, o czym mi nie powiedziałaś.- mówi z akcentem na dwa ostatnie słowa.
- Ludmiła, miała ci przekazać, bo ja nie miałam twojego, bo mi przejechał po nim samochód, ale teraz nie rozmawiam z Ludmiłą i nie dziwi mnie to, że kolejny raz mnie okłamała.- burczę na co brunet się śmieje.
- Co się stało? Myślałem, że to twoja przyjaciółka.- mówi zdziwiony.
- Ja też tak sądziłam, ale ostatnio wydarzyło się tyle, że wiem, iż się myliłam.- przytula mnie i szepcze do ucha.
- Nie martw się. Niestety muszę lecieć, bo mnie Verdas zabije wzrokiem.- chichoczemy oboje.- Dobra, ja chciałem ci powiedzieć, że załatwiłem ci zlecenie, więc jak będziesz mógł to zadzwoń.- mówi do szatyna, jakie zlecenie?!- A ty masz moją wizytówkę i zadzwoń jak będziesz chciała to się zgadamy na kawę i poplotkujemy.- śmiejemy się po czym brunet wychodzi. Patrzę na Leon'a, którego oczy ujawniają lekką zazdrość, uśmiecham się do niego i podchodzę zarzucając swoje ręce na jego barki.
- Diego to mój przyjaciel ze szkoły, jak się tu przeprowadziłam to urwał nam się kontakt.- tłumaczę.- Ale może ty też mi powiesz o co chodzi?- pytam i widząc na jego twarzy niechęć przejeżdżam dłonią po jego torsie, zostawiając ją na zapięciu od paska, druga zaś niszczy fryzurę.
- Tak masz zamiar wyciągnąć ze mnie informacje?- patrzy na mnie pobłażliwie, a ja pcham go na kanapę za nami i siadam na nim okrakiem, pochylam się nad jego szyją zaczynając ją całować. Słyszę jak zaczyna się śmieć, ale ja i tak wiem, że dowiem się tego czego chcę. Ssę jedno miejsce i pieszczę dłońmi jego klatkę piersiową z której pozbyłam się już koszuli. Odrywam się od szyi zostawiając malinkę na wysokości, którą zakryje bez problemu kurtką. Zaczynam całować jego umięśnione piersi i brzuch, aż w końcu czuję lekkie wybrzuszenie pod sobą. Poruszam biodrami i gdy szatyn chce się zamienić miejscami przytrzymuję go na co uśmiecha się łobuzersko.
- Mam swoje sposoby na wyciąganie informacji.- szepczę zmysłowo do jego ucha i delikatnie przygryzam jego płatek. Zaczynam całować jego umięśniony brzuch, z każdą chwilą czuję jak szatyn spina mięśnie coraz bardziej, wiem, że ma ochotę zrzucić mnie w siebie i przejść do rzeczy, ale ja nie przestanę póki się nie dowiem o co chodzi.- To powiesz mi o jakie chodzi zlecenie?- pytam zmysłowym głosem i pochylam się przed nim tak, że bez problemu widzi mój dekolt, bawi mnie fakt, że próbuje na niego nie patrzeć, ale to mężczyzna, więc przegrywa ze samym sobą po kilku sekundach. Widząc, że zielonooki zaczyna się wyłamywać zjeżdżam dłonią z jego szyi na jego przyjaciela, którego zaczynam masować przez spodnie. Mężczyzna zamyka oczy i spina wszystkie mięśnie, jednak jego oddech zdradza, że niedługo dowiem się tego czego chcę.- Skarbie, wystarczy, że odpowiesz mi na pytanie, a będziesz mógł zrobić co chcesz.- szepczę do ucha i zaczynam je całować nie przestając go masować.
- Jestem fotografem.- wyrzuca z siebie dysząc, nie ukrywam, że zdziwiło mnie to, ale jestem szczęśliwa, iż udało mi się. Zadowolona odpinam pasek od jego spodni i zsuwam je z niego, ku memu zdziwieniu szatyn wręcz rzuca się na mnie i w tempie ekspresowym zdejmuje moje ubrania. Śmieję się, gdy czuję jego usta na szyi i dłonie na zapięciu od stanika, przez chwilę bawi się moimi piersiami, ale jednak szybko decyduje się przejść do konkretu. Zsuwa moje majtki i masuje moją przyjaciółkę, wyjmuje palce gdy czuję, że robię się mokra i wchodzi we mnie. Nie ukrywam, że zdziwiło mnie, iż poczekał, aż ja również będę gotowa i nie parzył tylko na swój popęd. Zaczął poruszać się wolno.
- Szybciej.- duszę, czując rozkosz z każdym pchnięciem. Po kilku chwilach jego pchnięcia są szybkie i stanowcze, a ja czuję, że jestem u kresu. Rozkosz rośnie z każdym ruchem, aż w końcu rozpadam się pod nim i czuję ten błogi stan, a szatyn dołącza mnie po chwili. Leżymy tak parę minut, aż Leon wychodzi ze mnie i zanosi do sypialni, gdzie robimy powtórkę i zasypiamy dopiero nad ranem.
~~~~~~~~~~~~~~~~
Hej.
Hej.
Mam nadzieję, że wam się podoba
Piałam go dzisiaj, bo cały tydzień nie odchodzę od książek.
Bo mama i siostra uparły się, że będę miała pasek, ale jego nie będzie xd
Czekam na wasze opinię i do następnego :*
sobota, 7 maja 2016
OS "Szczęśliwe zakończenia"
Ból staje się coraz silniejszy, a ja nadal nie wiem o co
chodzi. Jadę jakimś samochodem, nie wiem dokąd, ani z kim, po prostu siedzę na
tylnych siedzeniem i zwijam się z bólu.
- Wytrzymaj jeszcze trochę.- słyszę szept jakiejś
kobiety, lecz nie wiem kto to i nie dlatego, że straciłam tyle krwi, że nie
łącze faktów.
Szłam przez park, usłyszałam strzał i poczułam
jak malutka kula godzi mnie w bok. Z
mojego gardła, przez
zaskoczenie jakim jest cała ta sytuacja, nie mógł się wydostać jakikolwiek
dźwięk prócz jęku. Upadam na ziemię i zwinęłam się w kłębek, po chwili poczułam
jak ciepła krew ucieka z mojego organizmu przez ranę, którą ktoś mi zadał.
Wydałam z siebie kolejne skomlenia mając nadzieje, że ktoś mi pomoże. W oddali
mogę usłyszeć jak nieznana osoba biegnie prawdopodobnie w moją stronę.
- Cholera… Diego! Jest ranna!- słyszę głos kobiety, lecz
obraz zaczyna mi się rozmazywać przed oczami.
- Ale ona nie jest od nas.- udaje mi się wyłapać po kilku
chwilach niski, męski ton.
- Ale też nie jest w od nich, musiała dostać przez
przypadek.- po raz kolejny czuję falę ognistego bólu, więc tym razem udaję mi
się krzyknąć z bólu.
- Cholera... Dzwoń po Fede i zawiadom Verdas'a… Jak to się
mogło stać, kurwa!- ktoś podchodzi do mnie i próbuję zatamować krwawienie z mojego boku na co po raz kolejny krzyczę.-
Siedź cicho, bo będziemy mieli problemy.- warczy w moją stronę, a ja zamieram.
Czuję jak ktoś kładzie mnie na czymś, resztkami sił
otwieram oczy i próbuję złapać ostrość. Widzę szatyna z brązowymi oczami.
- Obudziła się!- krzyczy od razu i odchodzi.- Francesca!-
po chwili podchodzi do mnie wyżej wymieniona kobieta i uśmiecha się
pokrzepiająco.
- Wszystko będzie dobrze.- następnie zwróciła się do
mężczyzny o zielonych oczach- Przez wypadek została postrzelona w bok.
- Widzę, ale kurwa wytłumacz mi jak mogliście postrzelić
kogoś nie winnego!- krzyczy zły, po czym przykłada gazik do mojej rany na co
staram się wyrwać i krzyczę z bólu.
- Przytrzymaj ją.- mamroczę szatyn.- Zaraz będzie po
wszystkim.- zwraca się do mnie. Kolejny gazik, ból, mój krzyk,czyjeś ręce
przytrzymujące mnie abym nie mogła uciec, aż w końcu ciemność.
Budzę się w dość dużym pokoju. Próbuję usiąść, lecz
uniemożliwia mi to okropny ból w boku i wszystko już sobie przypominam, no
prawie… Park, strzał, jakieś dwie osoby, samochód, kobieta i zielone oczy.
Słyszę jak ktoś wchodzi do pokoju.
- Jak się czujesz?- dostrzegam kobietę o czarnych
włosach, która nieśmiało podchodzi do mnie, a ja patrzę na nią przerażona.- Nie
bój się, nic ci nie zrobię.
- Kim jesteś, czemu tu jestem, to wy mnie
postrzeliliście?!- zaczynam zadawać pytania.- Kiedy będę mogła wrócić do domu?
- Jestem Francesca, nie to nie my, tylko ci z którymi
walczyliśmy i znalazłaś się w nieodpowiednim miejscu i porze. Niestety nie
wiem, czy będziesz mogła wrócić do domu, za dużo wiesz…- mruczy pod nosem
ostanie zdanie, a ja blednę.- Spałaś cztery dni, a teraz pójdę po Leona i on
zmieni ci opatrunek.- wyszła, w co ja się wpakowałam?! Po chwili Francesca po
raz kolejny weszła do pokoju, lecz tym razem nie sama, tylko z mężczyzną, który
mnie opatrywał. Podszedł do mnie, a ja przestraszona chciałam się lekko
odsunąć, lecz nie był to najlepszy pomysł, gdyż poczułam promieniujący ból w
lewym boku przez co suliłam się.
- Spokojnie, chce tylko zobaczyć jak się goi i założyć
nowy opatrunek.- uspokaja mnie, lecz ja nadal patrzę na niego nie ufnie.-
Jestem Leon.- przedstawia się widząc moją minę.- Tylko ja tutaj jestem wstanie
zaopiekować się tobą pod względem medycznym.- dodaje, a moje ręce zaciśnięte na
końcach koszulki lekko się rozluźniają i delikatnie podnoszę materiał do góry.
Natomiast Leon zsuwa jeszcze trochę spodenki od piżamy, a ja zamieram.-
Spokojnie, muszę je lekko zsunąć, aby w całości zobaczyć ranę, nie mam zamiaru
cię gwałcić.- lekko śmieję się, a ja lekko się rozluźniam. Czuję jak odkleja
opatrunek i muska palcami ranę.- Goi się ładnie, lecz musisz jeszcze poczekać z
dużą ilością ruchu. Fran pomoże ci się umyć, a później założę ci nowy
opatrunek.- odchodzi od nas i zapisuję sobie coś w zeszycie, a kobieta
podchodzi do mnie i pomaga wstać, niestety nie jestem w stanie nawet zgiąć się.
Szatyn widząc to podchodzi do nas i bierz mnie na ręce, syczę, a moje ręce
zwijają się w piąstki i mocno zaciskają.
- Przepraszam, ale i tak bardziej by cię bolało, gdybyś
sama musiała iść.- tłumaczy.
- Dziękuję.- szepczę cichutko, a zielonooki uśmiecha się
do mnie. Odnosi mnie do łazienki i pomaga samej stanąć pod prysznicem. W
reszcie pomaga mi czarnowłosa.
- Przepraszam, nie mieliśmy zamiaru, aby cię w to
wplątać, to nie miało tak być- zaczyna się tłumaczyć co przerywam jej śmiechem.
- Mogłam nie iść do tego parku, ale się uparłam i mam co
chciałam, ale czemu wcześniej mi powiedziałaś, że nie wiesz kiedy mnie wypuścicie?-
kobieta w pierwszej chwili sztywnieje.
- Wiesz… bo ty… ehh… Wiesz za dużo.- wyrzuca z siebie
wreszcie.- Wiesz, że istniejemy i masz na to dowód w postaci rany postrzałowej,
nie możemy ryzykować, tu nikt nie chce iść do więzienia.- śmieje się cicho, a ja
parzę na nią zdumiona.
- Czyli… Ja muszę z wami zostać?- nie dowierzam, ale
chyba każdy na moim miejscu by tak zareagował, nagle dowiadujecie się, że wasze
życie zmieni się o 180 stopni i musicie zostawić wszystko czego się
dorobiliście.
- Nauczymy cię strzelać, walczyć i zostaniesz, ale jak
nie… do są trzy wyjścia, albo zostaniesz jako jedna z nas, albo naprawdę
polubiliśmy się, lub…- nie kończy lecz wiem co ma na myśli.
Jestem tu od miesiąca, poznałam wszystkich, zaczęłam już
sama się poruszać i polubiłam ich wszystkich, mimo, że łamią prawo są dla
siebie jak rodzina, jedno broni i wspiera drugie. Nie ukrywam, że w pewnym
stopniu cieszę się, że nie długo dołączę to tej „rodziny”. Od tygodnia uczę się
strzelania i zagrań taktycznych, lecz na walkę muszę poczekać, aż rana całkiem
się zabliźni, a propo niej, właśnie idę do Leona, aby sprawdził czy mogę już
zacząć trenować.
- Hej.- mówię wchodząc do salonu, wszyscy mieszkamy
razem, a Leon jest jedyną osobą, która jest w stanie uratować nam życie,
poznałam jego historię, był na piątym roku studiów medycznych, lecz tak jak ja
i Camila wpadł na nich i nie żałuje tego.
- Zapomniałem.- mówi wstając.- Choć zobaczymy tą ranę.-
uśmiechnięta kieruję się w stronę „gabinetu”. Kładę się na leżance i podwijam
koszulkę, szatyn na to śmieję się.
- Aż tak chcesz do nas dołączyć?
- Tak.-mówię jak małe dziecko czym wzbudzam jeszcze
głośniejszy śmiech szatyna. Podchodzi do mnie i lekko zsuwa spodenki.
- Dobra, wygląda na to, że możesz zacząć już ćwiczyć,
więc zaczynasz od jutra.- mówi uśmiechnięty.- O 7 widzimy się w kuchni i
idziemy biegać.- oznajmia na co jęczę niezadowolona, a zielonooki chichocze.
Dwa miesiące później:
- Leon, kochanie, nie rób mi tego.- szlocham płacząc.
- Leon, kochanie, nie rób mi tego.- szlocham płacząc.
- Violu pamiętaj, że cię kocham.- mówi z trudem i powolnym
ruchem zamyka oczy, wybucham płaczem. To mogłam być ja, ale nie on zakrył mnie
swoim ciałem i dostał kulkę w brzuch.
- Viola gdzie jesteście?- słyszę krzyk Diego, który po
chwili zjawia się przede mną z Francesca.- Cholera!- wrzeszczy i uderza z całej
siły w pobliską ścianę on i szatyn byli przyjaciółmi.
- O-o-o-on- próbuję coś wydusić, włoszka dzwoni po
pomoc.- Leon, obudź się i przestań udawać.- zaczynam błądzić dłońmi po jego
szyi, a oczy zachodzą łzami i już prawie nic nie widzę.- Kochanie…- łkam. Moi
towarzyszę patrzą na mnie ze smutkiem jaki sami odczuwają, ale też z żalem.
- Violetta daj spokój.- mówi Diego.
- Zamknij się on żyje, tylko udaje, zaraz się obudzi.-
wrzeszczę, a Diego zrezygnowany odchodzi.
Rok później:
Wierzycie w szczęśliwe zakończenia? Niektórzy mówią, że
to jest duży błąd, ja właśnie przez całe życie w nie wierzyłam. Ludzie mówią,
że cierpimy przez to więcej, ale ja nie cierpię, właśnie ta wiara w szczęśliwe
zakończenia dawała mi siły, kiedy Leon by śpiączce. Tak Leon się wybudził i
żyje, jesteśmy razem. Wszyscy dalej robimy to co robiliśmy, ale szatyn ma zakaz
ode mnie i Diego na walki z innymi, nie chcę, aby dostał po raz z trzeci w
brzuch. Ja też nie mogę, lecz o tym wszyscy dowiedzą się dzisiaj.
- Kochanie muszę ci coś powiedzieć.- mówię, gdy jesteśmy
sami.
- Będziemy rodzicami.- szepczę na co mnie całuje.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hej, hej.
Dzisiaj przychodzę z OS'em napisanym jakiś czas temu.
Mam nadzieję, że wybaczycie mi brak rozdziału.
Postaram się go napisać jeszcze w ten weekend,
ale jeszcze nie wiem czy go nie zostawię już na kolejny tydzień.
Zostawiam wam do opinii.
Do następnego :*
czwartek, 5 maja 2016
Rozdział 10
Jak byłam mała zawsze marzyłam o księciu z bajki, który przyjedzie na białym koniu i uratuje mnie od życia w rutynie. Ale wiecie, co mi się przydarzyło? Mężczyzna z wyglądu spokojnie mógłby być księciem, który zawsze jak się pojawiał sprawiał, że nie potrafiłam mu się oprzeć. Miał jedyny defekt, brak białego konia, ale to najmniej mi przeszkadzało. Jednak zawsze, gdy coś jest dobrze to pojawiają się osoby, które chcą to twoje szczęście zniszczyć i pogrzebać. Nie zawsze im się udaje, ale w mojej bajce zdecydowanie rozpieprzyła całą historie. Teraz nie mam SWOJEGO księcia, ani przyjaciółki, która okazała się być wredną żmiją. Ale zawsze próbuję znaleźć plusy sytuacji w których jestem i wiecie co? Nie mogę znaleźć ani jednego.
- Viola, co jest? Cały dzień taka zamyślona jesteś?- pyta Ferro, a mnie skręca.
- Nic. Zmęczona jestem.- mruczę.- Mam prośbę, powiesz mi coś więcej o Leon'ie?- zastanawiam się czy powie mi prawdę, czy nie.
- Mówiłam ci, po prostu się z nim nie zadawaj to zły człowiek.- mówi, a mnie coś bierze.
- To ty jesteś złym człowiekiem, myślisz, że nie wiem jak wszystkich okłamałaś i zniszczyłaś przyjaźń Fede i Leon'a, bo tak ci się akurat podobało?~ wybucham, nie udało mi się wytrzymać, ale jestem wściekła na nią, że zniszczyła mi życie.- Jest podłą, suką, która okłamie nawet "najlepszą przyjaciółkę" chociaż teraz nie wiem czy w ogóle nimi kiedyś byłyśmy. Nie wiem czemu go tak nie lubisz, ale nie chcę cię znać.- krzyczę, a ona blednie.
- V-violu, to nie tak.- zaczyna się tłumaczyć.
- A jak?! Przez ciebie sprawiłam, że Leon cierpiał, a nie powinien, to ty powinnaś, a nie on.
- Daj mi wytłumaczy- przerywam jej.
- Nie masz czego, postąpiłaś tak samolubnie, że nie mam zamiaru się do ciebie kiedykolwiek jeszcze odzywać.- warczę i wychodzę z kawiarni. Idę wściekła, nie patrząc na ludzi mijających mnie, łudziłam się, że Ludmiła powie mi prawdę, ale myliłam się i to jest dla mnie bardzo przykre. Nagle z zamyśleń wybudza mnie zderzanie się z kimś.
- Bardzo przepraszam nie zauważyłem- nie jest mu dane dokończyć, bo rzucam się mu na szyję, a moich oczu wylewają się łzy. Już wiem, że mnie poznał, bo chciał mnie lekko odepchnąć, lecz ja tylko mocniej oplotłam ręce wokół jego szyi i uniemożliwiłam jego zamiar.
- Leon.- mówię, nie jestem w stanie się od niego oderwać, nie chce i nie umiem.- Proszę uwierz mi powiedziałam ci prawdę. Ludmiła mnie oszukała- chlipię.
- A ty uwierzyłaś.- te słowa brzmią jak największa zbrodnia i tak właśnie się czuję.
- Bo nic o tobie nie wiedziałam.
- Nie mogłaś zapytać?- jest na mnie zły.
- Ludmiła powiedziała mi, żebym cię unikała, bo...- już chce powiedzieć.- A-ale to nie jest istotne, bo wiem, że kłamała, wiem też, że zależy mi na tobie, więc proszę nie zostawiaj mnie.- płaczę.
- Chodź.- mówi zrezygnowany, a ja powoli odsuwam się od jego ciała i ruszam za nim. Wsiadamy do samochodu, a ja nie pytam o nic, ufam mu.
Wchodzimy do jego mieszkania, jest piękne. Ale bardziej dziwi mnie fakt czemu my tutaj jesteśmy.
- Napijesz się czegoś?- pyta.
- Wody.- przytakuję.
- Oj nie o to mi chodzi, śliczna.- mówi, a ja jestem najszczęśliwszą osobą na świecie. Nie wiele myśląc podbiegam do niego i obejmuję rękami jego szyję, czuję, że jest zdziwiony tym ruchem.
- Tylko ty możesz tak do mnie mówić i nawet nie wiesz jak mi tego brakowało.- szepczę, przez łzy.
- Ej, czemu płaczesz?- zmartwił się.
- Tęskniłam.- wyznaje.- Nawet nie masz pojęcia jak źle się czułam gdy nie było ciebie obok mnie. Gdy wyszedłeś z klubu jak powiedziałam prawdę.- na to wspomnienie zaczęłam bardziej płakać, nie wiem czemu dzieje się to wszystko mimo tego, że nie chcę okazywać tak dużej słabość do niego.
- Wyszedłem, bo musiałem przemyśleć pewne rzeczy, historia powtórzyła się u mnie dwa razy i- nie dałam mu dokończyć, w sposób, który nie był przemyślany w najmniejszym stopniu, całuję go. Jednak wiecie co dziwi mnie najbardziej? Odwzajemnia go i obejmuje moją talię swoimi dłońmi przyciągając mnie do siebie.
- Zależy mi na tobie.- szepczę gdy się odrywamy od siebie.
- Gdyby mi na tobie nie zależało nie było by tu nas.- przyznaje i śmieje się sam z siebie.
- Zacznijmy z czystymi kartami.- proponuję, szatyn przez chwilę analizuje moje słowa po czym przytakuje.
- Jestem Leon, a ty śliczna?- szepczę przy moim uchu pociągającym tonem. Szybko dołączam się do tej gry, bo uwielbiam ją, uwielbiam czuć, że jest blisko, jak nazywa mnie piękną czy śliczną. czuję się bezpieczna, gdy tylko wiem, że jest obok.
- Violetta.- mruczę i przysuwam się do niego blisko, nasze klatki piersiowe zderzają się, a oddechy mieszają- To co robimy?- pytam odsuwając się od niego.
- Hmm... Możemy pogadać, obejrzeć film, albo wyjąć coś zjeść.- proponuje- Co panienka tylko woli- mruczy w zgięcie mojej szyi.
- Ja byłabym za obejrzeniem czegoś, a pan panie Verdas?- odsuwam się, aby spojrzeć w jego oczy.
- Jakieś preferencje?
- Możesz wybrać.- uśmiecham się.
Siedzimy i oglądamy komedię, oczywiście pozwoliłam wybrać szatynowi, ale nie pozwoliłam włączyć żadnego horroru, więc stanęło na komedii. Siedzę oparta o tors mężczyzny, jego dłonie obejmują moją talię, a moje przytrzymują miskę z popcornem, którą trzymam na kolanach. Czuję jak jedną dłoń zdejmuje z mojej talii i sięga do naczynia z uprażonymi ziarnami kukurydzy. Patrzę na niego groźnym wzrokiem, na co on się śmieje, lekko podbijam dłoń w której miał popcorn przez co wypadły mu z ręki, a on wybuchł jeszcze głośniejszym śmiechem. Nie wiem jak mogłam pomyśleć, że jest okropny, gdy jest się blisko niego staje się inny niż by można było o nim pomyśleć. Teraz to ja nabrałam trochę ziarenek i dałam mu, a jego dłoń położyłam z powrotem na jej wcześniejsze miejsce, bo nie ukrywam podobało mi się to.
- Zachowujesz się gorzej niż ja.- szatyn nadal chichoczę z co dostaje ode mnie knykcia w żebra, niestety nie okazuje się to zbyt dobrym posunięciem, bo Leon zaczyna mnie łaskotać. Gdy wreszcie przestaje zbliżamy nasze usta do siebie, lecz przeszkadza nam dzwonek, szatyn rusza w stronę drzwi.
- Musimy pogadać.- słyszę ten głos i nieruchomieję, cholera co ja teraz zrobię?
- Hmm... Możemy pogadać, obejrzeć film, albo wyjąć coś zjeść.- proponuje- Co panienka tylko woli- mruczy w zgięcie mojej szyi.
- Ja byłabym za obejrzeniem czegoś, a pan panie Verdas?- odsuwam się, aby spojrzeć w jego oczy.
- Jakieś preferencje?
- Możesz wybrać.- uśmiecham się.
Siedzimy i oglądamy komedię, oczywiście pozwoliłam wybrać szatynowi, ale nie pozwoliłam włączyć żadnego horroru, więc stanęło na komedii. Siedzę oparta o tors mężczyzny, jego dłonie obejmują moją talię, a moje przytrzymują miskę z popcornem, którą trzymam na kolanach. Czuję jak jedną dłoń zdejmuje z mojej talii i sięga do naczynia z uprażonymi ziarnami kukurydzy. Patrzę na niego groźnym wzrokiem, na co on się śmieje, lekko podbijam dłoń w której miał popcorn przez co wypadły mu z ręki, a on wybuchł jeszcze głośniejszym śmiechem. Nie wiem jak mogłam pomyśleć, że jest okropny, gdy jest się blisko niego staje się inny niż by można było o nim pomyśleć. Teraz to ja nabrałam trochę ziarenek i dałam mu, a jego dłoń położyłam z powrotem na jej wcześniejsze miejsce, bo nie ukrywam podobało mi się to.
- Zachowujesz się gorzej niż ja.- szatyn nadal chichoczę z co dostaje ode mnie knykcia w żebra, niestety nie okazuje się to zbyt dobrym posunięciem, bo Leon zaczyna mnie łaskotać. Gdy wreszcie przestaje zbliżamy nasze usta do siebie, lecz przeszkadza nam dzwonek, szatyn rusza w stronę drzwi.
- Musimy pogadać.- słyszę ten głos i nieruchomieję, cholera co ja teraz zrobię?
~~~~~~~~~
Hej
Jak obiecałam jest rozdział wcześniej niż w sobotę, czy niedzielę,
oczywiście w weekend też będzie.
Nie macie pojęcia ile podejść zrobiłam pisząc ten rozdział,
gdy miałam już cały usuwałam go, bo stwierdziłam, że to nie to i tak kilka razy.
No i tak powstała ta 10
za chyba 6 podejściem.
Mam nadzieję, że wam się podoba.
Do następnego :*
sobota, 30 kwietnia 2016
Rozdział 9
Kolejne 7 dni, 168 godzin, 10 080 minut, 604 800 sekund z poczuciem winy. Tyle właśnie minęło od rozmowy z Fede, czy coś się zmieniło? Spotkałam Leona? Zerwałam kontakt z Ludmiłą? Zmieniłam pracę? Zrobiłam sobie tatuaż? Na każde z tych pytań jest taka sama odpowiedź, nie, choćbym nawet bardzo chciała, nie. Z każdym kolejnym dniem, czy nawet sekundą jest mi coraz ciężej wytrzymać z samą sobą. Może uważacie, że się nad sobą użalam, ale co wy byście czuli na moim miejscu? Ludmiła była moją najlepszą przyjaciółka, myślałam, że mnie nigdy nie oszuka, a tu co? A Verdas, był jedyna osobą przy której czułam się inaczej, piękniej, bezpieczniej i seksowniej. Moja praca daje mi teraz jeden dzień wolnego na cały tydzień, a reszta to 10/12 godzin w pracy od 6 do 18 czy nawet czasem do 20. Wszystkie te wydarzenia nakładają się na jedną rzecz, wyglądam jak trup, wory pod spuchniętymi oczami, blada przemęczona skóra i praktycznie przestałam jeść, więc jak się pewnie domyślacie schudłam 3 kilo w jeden tydzień. Blondynka cały czas się pyta co ze mną jest, ale ja robię to co ona robi doskonale, kłamałam. Teraz mam właśnie jedyny wolny dzień w tygodniu, jest już 7, a ja nie mam zamiaru kłaść się jeszcze spać. Jedyną rzeczą jaką jadłam ostatnio to była kanapka wczoraj o 13, więc mój żołądek domaga się czegoś co zatka go na kolejne kilka godzin. Niestety dziś nie jest dla mnie szczęśliwym dniem, bo okazuje się, że moja lodówka świeci pustkami. Przewróciłam, lekko zdenerwowana, oczami i ubrałam buty.
Wracając ze sklepu wpadłam na kogoś, niepewnie podniosłam głowę ku twarzy mężczyzny i znieruchomiałam.
- L-le-leon?- wydukałam, a w moich oczach stanęły łzy. Nie wyglądał najlepiej, jego oczy były smutne a twarz bledsza, niestety na mój widok, nawet oczy nie zmieniły wyrazu, o prócz nuty przerażenia, pewnie moim wyglądem.
- Violetta, dobrze się czujesz?- zapytał, ale w jego głosie było słychać tę obojętność do mojej osoby.
- T-tak, ale my musimy porozmawiać.- mówię szybko, gdy szatyn chce odejść.
- Nie mamy o czym, powiedziałaś już chyba wszystko co o mnie sądzisz.- stwierdził z wyrzutem.
- Nie to nie tak, wysłuchaj mnie proszę.- łapię go z rękę, którą szatyn szybko wyrywa i odchodzi.- Proszę! Ja ci to wszystko wytłumaczę, wcale nie sądzę tak o tobie, daj mi chwilę.- krzyczę za nim, lecz on nie reaguje na mój głos.- Leon.- szepczę już sama do siebie, a moje oczy zachodzą łzami. On mi nigdy nie wybaczy, zraniłam go. Szybko pobiegłam do domu, rzuciłam zakupy na podłogę, już nie jestem głodna. Pobiegłam do sypialni i rzuciłam się na łóżko płacząc jak mała dziewczynka. Naglę usłyszałam, że ktoś wchodzi do mieszkania.
- Vils, mam dobrą wiadomość.- słyszę głos Włocha.- Zgadałem się z Leonem.- wchodzi do pokoju, w którym właśnie siedzę i zamiera gdy mnie widzi.- Boże co się stało?
- Też widziałam Leona, ale on ze mną nie chciał gadać.- chlipię.- On mi nigdy nie wybaczy.
- Nie przejmuj się tym, że mieliście spięcie, dzisiaj wieczorem wszystko mu wyjaśnisz, bo idziemy we trójkę do klubu.- pociesza mnie.
- A on wie, że ja też tam będę?
- Leon jest bardzo ostrożny i bardzo rzadko potrafi zaufać po raz drugi komuś, ale jak wytłumaczysz mu, to na pewno może nie od razu, ale da ci drugą szansę.- uśmiech się do mnie pokrzepiająco.
- Dziękuję ci bardzo za wszystko co dla mnie robisz.- mówię i przytulam się do przyjaciela.
- Czego nie robi się dla przyjaciółki, dobra teraz musisz coś zjeść, a tak się składa, że przyniosłem pizzę, bo nudziło mi się siedzenie samemu w domu, więc przyszedłem ciebie pomęczyć. A i nie przyjmuje tekstów typu ja nie jestem głodna, jadałam nie dawno.- grozi mi palcem jak małemu dziecku, przez co lekko się uśmiecham. Schodzimy do salonu, włączamy telewizję i jemy posiłek przyniesiony przez chłopaka.
Przejeżdżam ostatni raz czerwoną szminka po ustach i uśmiecham się. Po zjedzeniu zdrzemnęłam się kilka godzin, więc wyglądam lepiej oraz jestem kobietą, więc mam jeszcze swoje magiczne pomoce zwane kosmetykami. Po zjedzeniu jednej całej dużej pizzy, którą Fede kazał mi zjeść, bo bym się nie dowiedziała na którą i gdzie idziemy, nie wyglądam już tak okropnie,
- Gotowa?- pyta mój przyjaciel czekający na mnie od pół godziny.
- Już idę.- odkrzykuje i zakładam kurtkę.
Czuję jak mój żołądek robi fikołki, a serce bije szybciej niż zwykle.
- A jak nie przyjdzie?- pytam sparaliżowana tą myślą.
- Już jest widzisz?- wskazuje palcem ca stolik w kącie.- Idziesz.- lekko mnie popycha w stronę szatyna. Wycieram spocone dłonie w bluzkę i powolnym krokiem ruszam do niego.
- Co ty tu robisz?- zauważa mnie dopiero gdy podchodzę do stolika. Wygląda lepiej niż rano, jego skóra już ma ten sam piękny odcień co zwykle, lecz oczy nadal pozostały nie zmienne.
- Leon, posłuchaj mnie muszę ci wyjaśnić to wszystko.- zaczynam.
- Nie masz mi czego wyjaśniać powiedziałaś co sądzisz, dotarło, nie mam zamiaru utrudniać ci życia i się odsunąłem.- mówi zły.
- Ale ja tak nie sądzę, wcześniej Ludmiła naopowiadała mi głupot o tobie, a ja jak debilka jej uwierzyłam i nawet nie próbowałam ciebie poznać, co było błędem. Leon przepraszam, rozumiem, że możesz mnie nie chcieć znać, ale wiedz, że nie wiem czemu, ale jesteś jedyną osobą przy której czuję się dobrze. Spieprzyłam! Wiem, to przeświadczenie nie daje mi spać w nocy. Są momenty, w których wspominam jak nazywałeś mnie księżniczką, piękną i brakuje mi tego. Jesteś dla mnie bardzo ważny i przepraszam jeszcze raz.- wycieram łzy ze swoich policzków. A szatyn bez słowa wstaje i wychodzi z klubu, na ten ruch jeszcze bardziej zaczynam płakać, nie mam już ani siły, ani ochoty na nic siedzę tylko i skulam się najbardziej jak jest to możliwe. Spieprzyłam, on już mi nigdy nie wybaczy.
- Violetta, dobrze się czujesz?- zapytał, ale w jego głosie było słychać tę obojętność do mojej osoby.
- T-tak, ale my musimy porozmawiać.- mówię szybko, gdy szatyn chce odejść.
- Nie mamy o czym, powiedziałaś już chyba wszystko co o mnie sądzisz.- stwierdził z wyrzutem.
- Nie to nie tak, wysłuchaj mnie proszę.- łapię go z rękę, którą szatyn szybko wyrywa i odchodzi.- Proszę! Ja ci to wszystko wytłumaczę, wcale nie sądzę tak o tobie, daj mi chwilę.- krzyczę za nim, lecz on nie reaguje na mój głos.- Leon.- szepczę już sama do siebie, a moje oczy zachodzą łzami. On mi nigdy nie wybaczy, zraniłam go. Szybko pobiegłam do domu, rzuciłam zakupy na podłogę, już nie jestem głodna. Pobiegłam do sypialni i rzuciłam się na łóżko płacząc jak mała dziewczynka. Naglę usłyszałam, że ktoś wchodzi do mieszkania.
- Vils, mam dobrą wiadomość.- słyszę głos Włocha.- Zgadałem się z Leonem.- wchodzi do pokoju, w którym właśnie siedzę i zamiera gdy mnie widzi.- Boże co się stało?
- Też widziałam Leona, ale on ze mną nie chciał gadać.- chlipię.- On mi nigdy nie wybaczy.
- Nie przejmuj się tym, że mieliście spięcie, dzisiaj wieczorem wszystko mu wyjaśnisz, bo idziemy we trójkę do klubu.- pociesza mnie.
- A on wie, że ja też tam będę?
- Leon jest bardzo ostrożny i bardzo rzadko potrafi zaufać po raz drugi komuś, ale jak wytłumaczysz mu, to na pewno może nie od razu, ale da ci drugą szansę.- uśmiech się do mnie pokrzepiająco.
- Dziękuję ci bardzo za wszystko co dla mnie robisz.- mówię i przytulam się do przyjaciela.
- Czego nie robi się dla przyjaciółki, dobra teraz musisz coś zjeść, a tak się składa, że przyniosłem pizzę, bo nudziło mi się siedzenie samemu w domu, więc przyszedłem ciebie pomęczyć. A i nie przyjmuje tekstów typu ja nie jestem głodna, jadałam nie dawno.- grozi mi palcem jak małemu dziecku, przez co lekko się uśmiecham. Schodzimy do salonu, włączamy telewizję i jemy posiłek przyniesiony przez chłopaka.
Przejeżdżam ostatni raz czerwoną szminka po ustach i uśmiecham się. Po zjedzeniu zdrzemnęłam się kilka godzin, więc wyglądam lepiej oraz jestem kobietą, więc mam jeszcze swoje magiczne pomoce zwane kosmetykami. Po zjedzeniu jednej całej dużej pizzy, którą Fede kazał mi zjeść, bo bym się nie dowiedziała na którą i gdzie idziemy, nie wyglądam już tak okropnie,
- Gotowa?- pyta mój przyjaciel czekający na mnie od pół godziny.
- Już idę.- odkrzykuje i zakładam kurtkę.
Czuję jak mój żołądek robi fikołki, a serce bije szybciej niż zwykle.
- A jak nie przyjdzie?- pytam sparaliżowana tą myślą.
- Już jest widzisz?- wskazuje palcem ca stolik w kącie.- Idziesz.- lekko mnie popycha w stronę szatyna. Wycieram spocone dłonie w bluzkę i powolnym krokiem ruszam do niego.
- Co ty tu robisz?- zauważa mnie dopiero gdy podchodzę do stolika. Wygląda lepiej niż rano, jego skóra już ma ten sam piękny odcień co zwykle, lecz oczy nadal pozostały nie zmienne.
- Leon, posłuchaj mnie muszę ci wyjaśnić to wszystko.- zaczynam.
- Nie masz mi czego wyjaśniać powiedziałaś co sądzisz, dotarło, nie mam zamiaru utrudniać ci życia i się odsunąłem.- mówi zły.
- Ale ja tak nie sądzę, wcześniej Ludmiła naopowiadała mi głupot o tobie, a ja jak debilka jej uwierzyłam i nawet nie próbowałam ciebie poznać, co było błędem. Leon przepraszam, rozumiem, że możesz mnie nie chcieć znać, ale wiedz, że nie wiem czemu, ale jesteś jedyną osobą przy której czuję się dobrze. Spieprzyłam! Wiem, to przeświadczenie nie daje mi spać w nocy. Są momenty, w których wspominam jak nazywałeś mnie księżniczką, piękną i brakuje mi tego. Jesteś dla mnie bardzo ważny i przepraszam jeszcze raz.- wycieram łzy ze swoich policzków. A szatyn bez słowa wstaje i wychodzi z klubu, na ten ruch jeszcze bardziej zaczynam płakać, nie mam już ani siły, ani ochoty na nic siedzę tylko i skulam się najbardziej jak jest to możliwe. Spieprzyłam, on już mi nigdy nie wybaczy.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hej, hej!
Przepraszam, że tak późno, ale nie miałam pomysłu na ten rozdział :/
Mam nadzieję, że wam się podoba.
Mam wolny teraz cały tydzień więc postaram się trochę częściej dodawać ;)
Do następnego :*
poniedziałek, 25 kwietnia 2016
OS z okazji 20tys!
Dziewięcioletnia szatynka o czekoladowych oczach, siedzi sama w parku i płaczę. Jest środek dnia, więc większość ludzi siedzi w pracy, ale nie jej rodzice...Oni jak zawsze piją w domu i nie interesują się własną córką. Biedna maleńka istota przeżyła w swoim króciutkim życiu więcej niż niektórzy z nas. Nagle podszedł do niej chłopczyk w tym samym wieku o pięknych szmaragdowych oczkach.
- Cemu płaces?- pyta zdziwiony zachowaniem dziewczynki.
- Bo moi lodzice znowu piją i kłocą sie.- chlipie, chłopczyk siada na drugiej huśtawce i uśmiecha się do niej.
- Leon, chces być moją pzyjaciółkom?- wyciąga w stronę zdziwionej szatynki dłoń.
- V-Viola- lekko uśmiecha się.
Siedem lat później...
Violetta po raz kolejny ucieka z domu, po raz kolejny nie ma gdzie się podziać. Tylko raz w życiu wyciągnął ktoś do niej rękę, Leon, pamięta go doskonale, pamięta jak miesiąc temu wolał iść na randkę z Amy niż jej pomóc. Prawda była taka, że miał dość tego, że szatynka nie chce wydać ojca. Jej mama zmarła z przedawkowania trzy lata temu, a ojciec zmienił się. Nie pił przez dwa lata, ale od roku piję dwa razy więcej, zabierał pieniądze szatynki. Niestety od dwóch tygodni Violetta pokłóciła się z Leonem i nie odzywają się do siebie, a od trzech dni w jej domu dzieje się piekło, ojciec pobił ją dwa razy. Na razie nikt nie zauważył, bo mieli dłuższe wolne, ale pojutrze trzeba iść do szkoły, jeszcze nie wie jak to zatuszuje. Zmęczona ucieczką usiadła na ławce i mimo woli zaczęła płakać, czemu akurat ona? Czemu nie ma nikogo bliskiego? Mogła by się zabić i nikt by nie płakał po niej, nie tęsknił, ani jedna osoba nie pamiętałaby o niej, że ktoś taki jak Violetta Castillo żył... Ta prawda przytłaczała ją, z każdym kolejnym dnie coraz ciężej jej było budzić się i funkcjonować. Nagle poczuła jak ktoś siada obok niej.
- Hej, wszystko w porządku?- pyta nieznajoma, szatynka podnosi na nią zapłakane oczy i widzi czarnowłosą dziewczynę.
- T-tak- duka.
- Właśnie widzę, jestem Francesca.- przedstawia się.
- Nie chcę litości.- szepczę.
-Ale to nie litość pytam się czy jest okey i przy okazji chce poznać kogoś z San Diego, bo przyleciałam tu dwa dni temu z Rzymu.- mówi i podaję szatynce chusteczkę.
- Violetta.- rozmawiały dwie godziny w końcu brązowooka otworzyła się przed Włoszką, okazało się, że będą chodzić razem do klasy. Szatynkę ucieszył fakt, że całkowicie będzie mogła odsunąć się od Leona za to jak ją potraktował. Wymieniły się numerami telefonów i rozeszły się do domów, Violetta miała nadzieję, że jej ojciec już śpi. Nagle usłyszała dźwięk sms'a.
Od: Fran <3
Jak chodzi o ślady przy godzinę przed szkołą do parku gdzie się spotkałyśmy ;)
Uśmiechnęła się, że ktoś chce jej pomóc.
Kilka dni później:
Właśnie obie dziewczyny szły do szkoły, jak Francesca obiecała pomogła zamaskować szatynce uciążliwe ślady. Gdy tylko doszły do budynku włoszka poszła do dyrektora, a Violetta pod salę, która była już otwarta, a uczniowie zbierali się powoli do środka. Szatynka weszła do środka i zauważyła też szatyna, ale nie usiadła jak zawsze obok niego, lecz podeszła do ostatniej ławki, w której nikt nie siedzi i zaczęła się rozpakowywać. Zielonooki spojrzał na nią smutny i powoli podszedł.
- Violetta możesz nie robić cyrku i usiąść ze mną? - zapytał lekko zły.
- Po co? Przecież ostatnio powiedziałeś mi co sądzisz o mnie i moim rozumowaniu, więc nie mamy już o czym ze sobą gadać.- mówi zła.
- Jestem twoim przyjacielem.- krzyczy, nie chciał aby tamta rozmowa tyle zmieniła między nimi.- Przepraszam za to co powiedziałem, byłe wściekły bo ryzykujesz życie.- przyciszonym głosem. Chciała coś powiedzieć, ale on dotknął miejsca gdzie było limo, zesztywniała.- Uderzył cię.- syczy i wychodzi z klasy, a szatynka przestraszona za nim.
- Leon. co ty chcesz zrobić.- pyta, on odwraca się i podciąga jej rękawy i odsłania brzuch, teraz widzi wiele siniaków, w jego oczach płonie gniew.
- Nie daruje mu!- wrzeszczy.- Nie może cie krzywdzić!
- Ale tylko dwa lata.- próbuje przekonać bardziej siebie niż jego.
- I przez te dwa lata zabiję osobę, którą kocham! Violetta ja nie chce się stracić.- w jego głosie słychać lekką panikę a mnie osłupiło wyznanie szatyna.
- T-t-ty mnie kochasz?- pyta nie dowierzając. Twarz szatyna lekko zmienia się ze złość na delikatne zawstydzenie. Przybliżył się do dziewczyny i lekko przyciągnął ją za talię do siebie.
- Kocham cię Violetta od kiedy tylko pamiętam, nigdy nie mogłem przeżyć tego jak rodzice cie traktują. Starałem się pomóc, a jak odtrącałaś moje pomysły to całkowicie ogarniała mnie złość, nie mogę stać z boku i patrzeć jak cierpisz. Dlatego wtedy powiedziałem, że nie mogę, nigdzie z nikim nie wyszedłem, siedziałem w domu i zastanawiałem się jak ci pomóc, ale ty zawrzeszczałaś na mnie i odcięłaś się. A jak widzę cię w szkole to może i masz zamaskowane rany i siniaki, ale ja cię znam i wiem co jest nie tak.- lekko opuszkami palców zaczął zmazywać podkład szatynki.
- Leon, proszę nie rób tego.- jęczy przerażona, przecież nikt nie może zauważyć jej śladów zostawionych przez ojca.
- Violetta koniec. Już dłużej nie mogę powiedziałem ci co do ciebie czuję, teraz twoja kolej,
- Kocham cię, ale jak przyjaciela, nigdy nie sądziłam, że możesz czuć coś do mnie i nawet się nie zastanawiałam nad uczuciami do ciebie.- mówi, a na jego twarzy maluje się smutek.- Ale wiem, że nigdy, ale to nigdy nie chcę cię stracić.- szepczę.
- Violetta to nie jest o samo.- odrywa się lekko zły od kobiety.- Ciężko mi to mówić, ale ciężko jest mi się dłużej z tobą tylko przyjaźnić.- mówi powoli, a do moich oczu napływają łzy.
- A-a-ale j-ja c-cię po-potrzebuję.- chlipie.
- Za każdym razem gdy ci jakąś oferowałem ty nie uważałaś tego za dobry plan. Ale Francesca to inna rzecz co? Jej uwierzyłaś szybciej niż mnie i jej rozwiązanie było strzałem w dziesiątkę!- krzyczy, milczy chwilę i znów przybiera swoją barwę lecz bardziej smutną i załamującą się.- Za dwa dni wyjeżdżam do Meksyku, miałem zostać dla ciebie, ale widzę, że znalazłaś sobie kogoś lepszego na moje miejsce, więc nie mam po co tu zostawać. Wyświadczę ci przysługę i zniknę z twojego życia raz na zawsze.- odwrócił się i poszedł do swojego domu, a szatynka właśnie zrozumiała swój błąd. Zielonooki był zawsze przy niej nie ważne jak było ciężko, nigdy jej nie zostawił, chciał jej pomóc prawie za każdym razem przez rok codziennie jak się widzieli to szatyn podsuwał jej jakiś sposób aby uwolniła od ojca, ale ona go nie słuchała. Teraz go straciła, przez własną głupotę. Nie wiedziała co robić, jak zareagować, iść za nim czy nie? Jedyną rzeczą jaką była w stanie zrobić to płakać.
Następnego dnia obudziła się o 7 czyli spała całe trzy godziny, od felernego zdarzenia szatynka nie mogła nic powiedzieć, ani zasnąć. Zeszła po cichu do kuchni mając nadzieję, że jej ojciec jeszcze śpi, a ona weźmie tylko jabłko i pójdzie do Leona, powiedzieć, że go kocha, bo taka była prawda. Brązowooka czuła się głupio, że nie zauważyła tego co czuje do szatyna. Niestety dziś los jej nie sprzyjał a w kuchni przy blacie siedział już nawalony ojciec.
- Ty szato!- krzyknął- Tu jesteś! Wczoraj do 23 cię nie było. Co puszczałaś się?!- zakpił, a w jej oczach stanęły łzy.- Wiesz za co cię nienawidzę?- syczy.- Cały czas przypominasz mi o Marii!- wrzasnął i uderzył ją z pięści w policzek, poczuła piekący ból, osunęła się po ścianie z kolejnym jego uderzeniem w brzuch. Wiedziała, że nie wygra, udała, że zemdlała, zamknęła oczy i wstrzymywała oddech. Kopnął ją jeszcze kilka razy w brzuch i głowę i wyszedł z domu zamykając drzwi na klucz. Przerażona szybko wstała nie zważając na ból i nagle dostała niewiarygodny przypływ adrenaliny. Otworzyła okno i wyskoczyła przez nie, lecz nie poczuła kostki, którą w tym momencie skręciła. Biegła ile miała sił do jedynego miejsca, gdzie czuła się dobrze, zapomniała o swoim stanie teraz liczyły się tylko jego ramiona. Gdy tylko dotarła pod dobrze jej znane drzwi nie śmiało zapukała w nie. Po kilku minutach otworzył jej szatyn, przerażony tym, że zobaczył szatynkę całą zakrwawioną.
- Leon proszę nie zostawiaj mnie, ja ciebie też kocham, obiecuję, że już zawsze będę się ciebie słuchała, tylko nie zostawiaj mnie. Tylko w twoich ramionach czuję się dobrze, bezpiecznie i, że coś znaczę. Proszę nie wyjeżdżaj.- zaczęła chlipać. Szatyn osłupiały uśmiechnął się lekko i przytulił ją. Ta zaczęła płakać jeszcze bardziej i wtuliła się w jego tors jakby już nigdy nie miała go puścić.
- Nie zostawię cię, bo ty jedziesz ze mną.- szepnął w jej włosy.
- A-a-ale mój ojciec.
- Nic nie zrobi, bo wie, że będzie miał problemy, kochanie od jutra zaczniemy wszystko od nowa.- pocałował ją czule, co zaskoczona odwzajemniła.
- Kocham cię- powiedziała.
- Ja ciebie też kocham.- Mruknął w jej usta i znów pocałował.
- Cemu płaces?- pyta zdziwiony zachowaniem dziewczynki.
- Bo moi lodzice znowu piją i kłocą sie.- chlipie, chłopczyk siada na drugiej huśtawce i uśmiecha się do niej.
- Leon, chces być moją pzyjaciółkom?- wyciąga w stronę zdziwionej szatynki dłoń.
- V-Viola- lekko uśmiecha się.
Siedem lat później...
Violetta po raz kolejny ucieka z domu, po raz kolejny nie ma gdzie się podziać. Tylko raz w życiu wyciągnął ktoś do niej rękę, Leon, pamięta go doskonale, pamięta jak miesiąc temu wolał iść na randkę z Amy niż jej pomóc. Prawda była taka, że miał dość tego, że szatynka nie chce wydać ojca. Jej mama zmarła z przedawkowania trzy lata temu, a ojciec zmienił się. Nie pił przez dwa lata, ale od roku piję dwa razy więcej, zabierał pieniądze szatynki. Niestety od dwóch tygodni Violetta pokłóciła się z Leonem i nie odzywają się do siebie, a od trzech dni w jej domu dzieje się piekło, ojciec pobił ją dwa razy. Na razie nikt nie zauważył, bo mieli dłuższe wolne, ale pojutrze trzeba iść do szkoły, jeszcze nie wie jak to zatuszuje. Zmęczona ucieczką usiadła na ławce i mimo woli zaczęła płakać, czemu akurat ona? Czemu nie ma nikogo bliskiego? Mogła by się zabić i nikt by nie płakał po niej, nie tęsknił, ani jedna osoba nie pamiętałaby o niej, że ktoś taki jak Violetta Castillo żył... Ta prawda przytłaczała ją, z każdym kolejnym dnie coraz ciężej jej było budzić się i funkcjonować. Nagle poczuła jak ktoś siada obok niej.
- Hej, wszystko w porządku?- pyta nieznajoma, szatynka podnosi na nią zapłakane oczy i widzi czarnowłosą dziewczynę.
- T-tak- duka.
- Właśnie widzę, jestem Francesca.- przedstawia się.
- Nie chcę litości.- szepczę.
-Ale to nie litość pytam się czy jest okey i przy okazji chce poznać kogoś z San Diego, bo przyleciałam tu dwa dni temu z Rzymu.- mówi i podaję szatynce chusteczkę.
- Violetta.- rozmawiały dwie godziny w końcu brązowooka otworzyła się przed Włoszką, okazało się, że będą chodzić razem do klasy. Szatynkę ucieszył fakt, że całkowicie będzie mogła odsunąć się od Leona za to jak ją potraktował. Wymieniły się numerami telefonów i rozeszły się do domów, Violetta miała nadzieję, że jej ojciec już śpi. Nagle usłyszała dźwięk sms'a.
Od: Fran <3
Jak chodzi o ślady przy godzinę przed szkołą do parku gdzie się spotkałyśmy ;)
Uśmiechnęła się, że ktoś chce jej pomóc.
Kilka dni później:
Właśnie obie dziewczyny szły do szkoły, jak Francesca obiecała pomogła zamaskować szatynce uciążliwe ślady. Gdy tylko doszły do budynku włoszka poszła do dyrektora, a Violetta pod salę, która była już otwarta, a uczniowie zbierali się powoli do środka. Szatynka weszła do środka i zauważyła też szatyna, ale nie usiadła jak zawsze obok niego, lecz podeszła do ostatniej ławki, w której nikt nie siedzi i zaczęła się rozpakowywać. Zielonooki spojrzał na nią smutny i powoli podszedł.
- Violetta możesz nie robić cyrku i usiąść ze mną? - zapytał lekko zły.
- Po co? Przecież ostatnio powiedziałeś mi co sądzisz o mnie i moim rozumowaniu, więc nie mamy już o czym ze sobą gadać.- mówi zła.
- Jestem twoim przyjacielem.- krzyczy, nie chciał aby tamta rozmowa tyle zmieniła między nimi.- Przepraszam za to co powiedziałem, byłe wściekły bo ryzykujesz życie.- przyciszonym głosem. Chciała coś powiedzieć, ale on dotknął miejsca gdzie było limo, zesztywniała.- Uderzył cię.- syczy i wychodzi z klasy, a szatynka przestraszona za nim.
- Leon. co ty chcesz zrobić.- pyta, on odwraca się i podciąga jej rękawy i odsłania brzuch, teraz widzi wiele siniaków, w jego oczach płonie gniew.
- Nie daruje mu!- wrzeszczy.- Nie może cie krzywdzić!
- Ale tylko dwa lata.- próbuje przekonać bardziej siebie niż jego.
- I przez te dwa lata zabiję osobę, którą kocham! Violetta ja nie chce się stracić.- w jego głosie słychać lekką panikę a mnie osłupiło wyznanie szatyna.
- T-t-ty mnie kochasz?- pyta nie dowierzając. Twarz szatyna lekko zmienia się ze złość na delikatne zawstydzenie. Przybliżył się do dziewczyny i lekko przyciągnął ją za talię do siebie.
- Kocham cię Violetta od kiedy tylko pamiętam, nigdy nie mogłem przeżyć tego jak rodzice cie traktują. Starałem się pomóc, a jak odtrącałaś moje pomysły to całkowicie ogarniała mnie złość, nie mogę stać z boku i patrzeć jak cierpisz. Dlatego wtedy powiedziałem, że nie mogę, nigdzie z nikim nie wyszedłem, siedziałem w domu i zastanawiałem się jak ci pomóc, ale ty zawrzeszczałaś na mnie i odcięłaś się. A jak widzę cię w szkole to może i masz zamaskowane rany i siniaki, ale ja cię znam i wiem co jest nie tak.- lekko opuszkami palców zaczął zmazywać podkład szatynki.
- Leon, proszę nie rób tego.- jęczy przerażona, przecież nikt nie może zauważyć jej śladów zostawionych przez ojca.
- Violetta koniec. Już dłużej nie mogę powiedziałem ci co do ciebie czuję, teraz twoja kolej,
- Kocham cię, ale jak przyjaciela, nigdy nie sądziłam, że możesz czuć coś do mnie i nawet się nie zastanawiałam nad uczuciami do ciebie.- mówi, a na jego twarzy maluje się smutek.- Ale wiem, że nigdy, ale to nigdy nie chcę cię stracić.- szepczę.
- Violetta to nie jest o samo.- odrywa się lekko zły od kobiety.- Ciężko mi to mówić, ale ciężko jest mi się dłużej z tobą tylko przyjaźnić.- mówi powoli, a do moich oczu napływają łzy.
- A-a-ale j-ja c-cię po-potrzebuję.- chlipie.
- Za każdym razem gdy ci jakąś oferowałem ty nie uważałaś tego za dobry plan. Ale Francesca to inna rzecz co? Jej uwierzyłaś szybciej niż mnie i jej rozwiązanie było strzałem w dziesiątkę!- krzyczy, milczy chwilę i znów przybiera swoją barwę lecz bardziej smutną i załamującą się.- Za dwa dni wyjeżdżam do Meksyku, miałem zostać dla ciebie, ale widzę, że znalazłaś sobie kogoś lepszego na moje miejsce, więc nie mam po co tu zostawać. Wyświadczę ci przysługę i zniknę z twojego życia raz na zawsze.- odwrócił się i poszedł do swojego domu, a szatynka właśnie zrozumiała swój błąd. Zielonooki był zawsze przy niej nie ważne jak było ciężko, nigdy jej nie zostawił, chciał jej pomóc prawie za każdym razem przez rok codziennie jak się widzieli to szatyn podsuwał jej jakiś sposób aby uwolniła od ojca, ale ona go nie słuchała. Teraz go straciła, przez własną głupotę. Nie wiedziała co robić, jak zareagować, iść za nim czy nie? Jedyną rzeczą jaką była w stanie zrobić to płakać.
Następnego dnia obudziła się o 7 czyli spała całe trzy godziny, od felernego zdarzenia szatynka nie mogła nic powiedzieć, ani zasnąć. Zeszła po cichu do kuchni mając nadzieję, że jej ojciec jeszcze śpi, a ona weźmie tylko jabłko i pójdzie do Leona, powiedzieć, że go kocha, bo taka była prawda. Brązowooka czuła się głupio, że nie zauważyła tego co czuje do szatyna. Niestety dziś los jej nie sprzyjał a w kuchni przy blacie siedział już nawalony ojciec.
- Ty szato!- krzyknął- Tu jesteś! Wczoraj do 23 cię nie było. Co puszczałaś się?!- zakpił, a w jej oczach stanęły łzy.- Wiesz za co cię nienawidzę?- syczy.- Cały czas przypominasz mi o Marii!- wrzasnął i uderzył ją z pięści w policzek, poczuła piekący ból, osunęła się po ścianie z kolejnym jego uderzeniem w brzuch. Wiedziała, że nie wygra, udała, że zemdlała, zamknęła oczy i wstrzymywała oddech. Kopnął ją jeszcze kilka razy w brzuch i głowę i wyszedł z domu zamykając drzwi na klucz. Przerażona szybko wstała nie zważając na ból i nagle dostała niewiarygodny przypływ adrenaliny. Otworzyła okno i wyskoczyła przez nie, lecz nie poczuła kostki, którą w tym momencie skręciła. Biegła ile miała sił do jedynego miejsca, gdzie czuła się dobrze, zapomniała o swoim stanie teraz liczyły się tylko jego ramiona. Gdy tylko dotarła pod dobrze jej znane drzwi nie śmiało zapukała w nie. Po kilku minutach otworzył jej szatyn, przerażony tym, że zobaczył szatynkę całą zakrwawioną.
- Leon proszę nie zostawiaj mnie, ja ciebie też kocham, obiecuję, że już zawsze będę się ciebie słuchała, tylko nie zostawiaj mnie. Tylko w twoich ramionach czuję się dobrze, bezpiecznie i, że coś znaczę. Proszę nie wyjeżdżaj.- zaczęła chlipać. Szatyn osłupiały uśmiechnął się lekko i przytulił ją. Ta zaczęła płakać jeszcze bardziej i wtuliła się w jego tors jakby już nigdy nie miała go puścić.
- Nie zostawię cię, bo ty jedziesz ze mną.- szepnął w jej włosy.
- A-a-ale mój ojciec.
- Nic nie zrobi, bo wie, że będzie miał problemy, kochanie od jutra zaczniemy wszystko od nowa.- pocałował ją czule, co zaskoczona odwzajemniła.
- Kocham cię- powiedziała.
- Ja ciebie też kocham.- Mruknął w jej usta i znów pocałował.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tak oto prezentuje sie OS
Przepraszam, że musieliscie tak długo czekać,
ale dopadł mnie brak weny.
Postaram sie, aby rozdział pojawił się najpóźniej w piątek.
Mam nadzieję, że podoba się wam to co wyskrobałam wyżej.
I chciałabym podziękować wszystkim, którzy są ze mną i czytają ten blog
to dla mnie naprawdę wiele znaczy.
Do następnego :*
Tak oto prezentuje sie OS
Przepraszam, że musieliscie tak długo czekać,
ale dopadł mnie brak weny.
Postaram sie, aby rozdział pojawił się najpóźniej w piątek.
Mam nadzieję, że podoba się wam to co wyskrobałam wyżej.
I chciałabym podziękować wszystkim, którzy są ze mną i czytają ten blog
to dla mnie naprawdę wiele znaczy.
Do następnego :*
sobota, 16 kwietnia 2016
Rozdział 8+ 20tys wyświetleń !!!
Przeczytaj notkę!!! :*
Powolnym ruchem zbieram brudne naczynia i kieruję się z nimi do kuchni, gdzie wkładam je do zmywarki. Niechętnym ruchem odwracam się i biorę do ręki notesik, aby zebrać nowe zamówienia, znów wchodzę na salę. Moje opuchnięte oczy od płaczu przykrywa makijaż, który jednak dużo nie pomaga. Ludmiła przygląda mi się cały czas, to nie moja wina, że cały czas męczą mnie wspomnienia z rozmowy z szatynem, która odbyła się tydzień temu od tamtego czasu ani razu nie widziałam Leon'a na oczy.- Violka co ci jest?- blondynka w końcu się przełamuje i mnie pyta.
- Nic.- mamroczę i mam zamiar iść dalej.
- Od tygodnia, jesteś zamknięta w sobie, płaczesz, to widać i nawet ze mną nie chcesz pogadać, martwię się o ciebie.- to prawda od rozmowy z Leonem nie odezwałam się do nikogo, a jak Lu chciała wyciągnąć mnie gdzieś to po raz pierwszy od dawna odmówiłam jej i nie dałam się złamać. Nie wiem czemu to wszystko tak przeżywam. Przecież z szatynem znałam się tylko tydzień w czasie czego przespałam się z nim i był praktycznie zawsze kiedy go potrzebowałam, Mimo tego jaką miał opinię nie sądziłam, że to może być prawda, zawsze przy nim mój umysł wyłączał się z racjonalnego myślenia i zaczynałam żyć chwilą, nawet przy mojej przyjaciółce wszystko kalkuluje. On był wyjątkiem, którego, spławiłam i zraniłam.
- Właśnie o tym mówię.- wzdycha blondynka.
- Lu nie chcę gadać.- mówię szybko, podchodzę do stolika i zbieram zamówienie. Blondynka cicho wzdycha i odchodzi. Jest mi ciężko samej, ale nie chcę jej znów zamęczać swoimi problemami...
Wchodzę zmęczona do mieszkania i pierwsze co robię jest to umycie się. Gdy jestem w łazience, zdejmuję swoje ubrania i wchodzę pod prysznic. Zmywam z siebie cały brud z dzisiaj zawsze mi to pomaga, lecz nie dzisiaj, zaczynam płakać jak mała dziewczynka, czemu byłam taka głupia i obraziłam Leon'a nie wiedząc o nim nic. Gdy skończyłam użalać się nad tym jaka jestem głupia dokończyłam mycie się i wysuszyłam włosy.
- Federico!- krzyczę- Przecież to przyjaciel Leon'a!- szybko dzwonię do Włocha.
- Co się stało?- pyta zdziwiony.
- Nie, ale muszę z tobą pogadać tylko, że Lu nie może o tym wiedzieć.- mówię szybko i wyobrażam sobie jego zdziwioną minę.
- Okey, to ja może przyjadę do ciebie?- proponuje, a ja w duchu dziękuję, że szatyn zawsze jest w stanie mi pomóc, gdy tego potrzebuję, jest dla mnie jak brat.
- Dziękuję.- uśmiecham się sama do siebie.
- Będę za 10 minut.- rozłącza się.
Siedzimy z Fede na kanapie i wiem, że muszę już zacząć temat po co go prosiłam o spotkanie.
- Fede, to trochę głupie, ale chciałabym, żebyś był ze mną szczery.
- Dobra, o co chodzi?- pyta zdziwiony moim zachowaniem.
- Przyjaźniłeś się z Leon'em.- rzucam, a on się spina.
- Tak, ale to już przeszłość.- mówi przestraszony.
- Czemu?- szatyn wzdycha.
- Nie powinienem ci tego mówić.- szepcze sam do siebie.- Ale to zostaje między nami?- upewnia się.
- Nawet na paluszka.- śmieję się i wyciągam w jego stronę małego palca jak mała dziewczynka, która uważa, że to najważniejsza przysięga, Włoch uśmiecha się i robi to samo.
- Przyjaźniłem się z Leon'em, ale jak poznałem Ludmiłę trochę się pozmieniało. Lu nie polubiła go, a jego charakter jest taki, że jak ktoś go nie lubi to nie jest nawet miły dla tej osoby. Jednak jako mój przyjaciel starał się, serio, ale wiesz jaka jest Ludmiła. Pewnego dnia jak byliśmy we trójkę w klubie, poszedłem po drinki, a gdy wróciłem nie było już Leon'a, była tylko roztrzęsiona blondynka, zaczęła opowiadać, że dobierał się do niej. Następnego dnia kazała mi wybierać albo ona, albo on. Jak się domyślasz wybrałem ją, bo myślałem, że Verdas to najgorsza osoba na świecie.- skończył, a mnie zamurowało.- Ale kilka dni tego spotkałem go nieźle wciętego, chciałem go minąć, ale on mnie zatrzymał i powiedział, że wtedy Ludmiła zaczęła wyzywać go od najgorszych i, że ja też tak sądzę, więc wyszedł. a ona mnie okłamała, rozumiesz?! Wierzyłem jej a nie najlepszemu przyjacielowi i go odstawiłem, wiedząc, że miał ciężko.- mówi zrezygnowany.- Ludmiła przyznała się, gdy ją zapytałem i od czterech dni nie jesteśmy razem.- mówi, a ja nie wierzę, że Ludmiła okłamała również mnie.
- Mi powiedziała, że pokłóciłeś się z Leon'em przed jej poznaniem i, że jest najgorszym człowiekiem na ziemi.- szepczę.- A ja jej uwierzyłam i nagadałam mu, a teraz tego żałuję.- w moich oczach pojawiają się łzy.
- Nie tylko ty.- mówi, a ja wybucham płaczem, szatyn przytula mnie.- Postaram się pomóc ci do naprawić.- obiecuje mi.
- Dziękuję.- szepczę w jego ramię.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hej!
Mam nadzieję, że się wam podoba 8.
Właśnie wybiło 20 000 wyświetleń
jestem strasznie szczęśliwa z tego powodu!
A dzięki dłuższemu weekend'owi
postaram się więcej opublikować.
Z racji tylu wyświetleń, które zawdzięczam wam
możecie wybrać, czy z tej okazji woli jakiegoś OS'a
czy kolejne rozdziały.
Czas macie do północy, bo później biorę się za pisanie.
Możecie napisać w komentarzu lub zagłosować w ankiecie ;)
Chyba muszę zacząć pisać dłuższe rozdziały xD
niedziela, 10 kwietnia 2016
Rozdział 7
Kolejny męczący dzień, dzisiaj wstałam wyjątkowo wcześnie, ale po przeżyciach jakie wczoraj miałam to sama się dziwię, że w ogóle spałam.
Podjechaliśmy pod mój dom, szybko odpięłam pasy.
- Dziękuję za pomoc.- mruknęłam szybko i już chciałam wysiąść, lecz szatyn złapał mnie za nadgarstek, spojrzałam na niego pytająco.
- Nie zaprosisz mnie nawet na herbatę, w podzięce za pomoc?- uśmiecha się zadziornie, a moje serce mięknie.
- Dobrze, ale tylko herbatka, skarbie.- mrugam do niego i staram się nie wybuchnąć śmiechem, gdy widzę jego zaskoczenie, na "skarbie"
- Chyba, że będziesz chciała więcej, kocico.- teraz to on uśmiechnął się do mnie zwycięsko i wysiadła z auta, podszedł do moich drzwi, których nie byłam w stanie otworzyć, gdyż poznałam kolejne słowo opisujące mnie według niego.- Wysiadasz, piękna.- mam tego powili dosyć.
- Jaką chcesz herbatę?- pytam, gdy wchodzimy do mojego mieszkania.
- Obojętnie.- rzuca i podąża za mną do kuchni. Gdy podeszłam do kuchenki po raz kolejny tego wieczoru poczułam jego dłonie na biodrach i usta na szyi, które szukają najbardziej czułego miejsca na mojej skórze.
- Leon... Mówiłam Ci już jakie mam zdanie na ten temat.- mówię nie chętnie, lecz wiem, że nie mogę pokazać mu, że jestem łatwa i mimo tego co mówię to się z nim prześpię, o nie ma takiej możliwości.
- Ale o co ci chodzi, śliczna?- udaje, że nie wie o co mi chodzi, ale oboje wiemy, że kłamie.
- Nie mam zamiaru po raz kolejny przespać się z kimś takim jak ty.- mówię wprost, lecz zaczynam żałować tego po chwili, bo szatyn przestaje całować moją szyję i obraca mnie do siebie przodem.
- Czyli jaki według ciebie jestem?- pyta lekko zły z mojej wcześniejszej wypowiedzi, właśnie sobie zdaję sprawę, że teraz mogę skończyć naszą znajomość, nie wiem czy tego chce. Niestety zdaję sobie sprawę z tego, że muszę to zrobić.
- Mężczyzną, który jest jak dziwka, bo codziennie śpi z inną, myśli, że wszystko może i ma w dupie wszystkie zakazy. Tak przespałam się z tobą, ale żałuję tego jak nie wiem i wiesz co? Wstydzę się tego, że zadaję się z tobą. Nie rozumiem jak ty możesz patrzeć w swoje odbicie. Nie wiem o tobie prawie nic, a ty chcesz mnie po raz kolejny przelecieć. Czemu? Może dlatego, że nie mogłeś znaleźć innej, która zaspokajałaby twój chory popęd?- chce żeby dał mi spokój i, żeby moje życie było takie same jak to przed jego spotkaniem. W jego oczach widzę złość, ale nie tylko. W głębi jego oczu widzę smutek, wręcz rozpacz, niestety jest tak zamaskowana pod wzrokiem "chcę cię zabić", że może to zauważyć ktoś, kto parzy dość głęboko w jego oczy.
- Jeśli masz o mnie takie zdanie to się nie przejmuj, więcej nie będę ci przeszkadzał, ale wiesz co? Jesteś taka sama jak inni, a myślałem, że jesteś inna, wyjątkowa. Myliłem się- cedzi zły i wychodzi, trzaskając drzwiami, a po moich policzkach zaczynają płynąć łzy, czuję się winna, musiałam tak zrobić. W poczuciu cholernych wyrzutów sumienia zrzucam kubek z blatu, który roztrzaskuje się na malutkie kawałki, gdy tylko styka się z podłogą, a sama oparta o blat siadam i zanoszę się płaczem. Dlaczego?
Na te wspomnienia po raz kolejny na moich policzkach pojawiają się łzy, jestem najgorszą osobą na świecie. Cały czas przed oczami mam jego piękne szmaragdowe tęczówki, ale nie tę złość, lecz żal i smutek. Nigdy nie sądziłam, że powiem mu coś takiego i, że w jego oczach zobaczę smutek, jakby po raz kolejny go ktoś zranił i to byłam ja. Przecież musiałam to zrobić, ale czemu czuję się cholernie winna.
- Leon...- łkam, nie jestem wstanie normalnie myśleć, nie jestem wstanie normalnie oddychać i teraz to ja nie jestem wstanie spojrzeć w swoje odbicie, bo czuję, że skrzywdziłam osobę, która była już skrzywdzona więcej niż powinna, a ja dołożyłam mu bólu. Nie znam go, a tak osądziłam...
Podjechaliśmy pod mój dom, szybko odpięłam pasy.
- Dziękuję za pomoc.- mruknęłam szybko i już chciałam wysiąść, lecz szatyn złapał mnie za nadgarstek, spojrzałam na niego pytająco.
- Nie zaprosisz mnie nawet na herbatę, w podzięce za pomoc?- uśmiecha się zadziornie, a moje serce mięknie.
- Dobrze, ale tylko herbatka, skarbie.- mrugam do niego i staram się nie wybuchnąć śmiechem, gdy widzę jego zaskoczenie, na "skarbie"
- Chyba, że będziesz chciała więcej, kocico.- teraz to on uśmiechnął się do mnie zwycięsko i wysiadła z auta, podszedł do moich drzwi, których nie byłam w stanie otworzyć, gdyż poznałam kolejne słowo opisujące mnie według niego.- Wysiadasz, piękna.- mam tego powili dosyć.
- Jaką chcesz herbatę?- pytam, gdy wchodzimy do mojego mieszkania.
- Obojętnie.- rzuca i podąża za mną do kuchni. Gdy podeszłam do kuchenki po raz kolejny tego wieczoru poczułam jego dłonie na biodrach i usta na szyi, które szukają najbardziej czułego miejsca na mojej skórze.
- Leon... Mówiłam Ci już jakie mam zdanie na ten temat.- mówię nie chętnie, lecz wiem, że nie mogę pokazać mu, że jestem łatwa i mimo tego co mówię to się z nim prześpię, o nie ma takiej możliwości.
- Ale o co ci chodzi, śliczna?- udaje, że nie wie o co mi chodzi, ale oboje wiemy, że kłamie.
- Nie mam zamiaru po raz kolejny przespać się z kimś takim jak ty.- mówię wprost, lecz zaczynam żałować tego po chwili, bo szatyn przestaje całować moją szyję i obraca mnie do siebie przodem.
- Czyli jaki według ciebie jestem?- pyta lekko zły z mojej wcześniejszej wypowiedzi, właśnie sobie zdaję sprawę, że teraz mogę skończyć naszą znajomość, nie wiem czy tego chce. Niestety zdaję sobie sprawę z tego, że muszę to zrobić.
- Mężczyzną, który jest jak dziwka, bo codziennie śpi z inną, myśli, że wszystko może i ma w dupie wszystkie zakazy. Tak przespałam się z tobą, ale żałuję tego jak nie wiem i wiesz co? Wstydzę się tego, że zadaję się z tobą. Nie rozumiem jak ty możesz patrzeć w swoje odbicie. Nie wiem o tobie prawie nic, a ty chcesz mnie po raz kolejny przelecieć. Czemu? Może dlatego, że nie mogłeś znaleźć innej, która zaspokajałaby twój chory popęd?- chce żeby dał mi spokój i, żeby moje życie było takie same jak to przed jego spotkaniem. W jego oczach widzę złość, ale nie tylko. W głębi jego oczu widzę smutek, wręcz rozpacz, niestety jest tak zamaskowana pod wzrokiem "chcę cię zabić", że może to zauważyć ktoś, kto parzy dość głęboko w jego oczy.
- Jeśli masz o mnie takie zdanie to się nie przejmuj, więcej nie będę ci przeszkadzał, ale wiesz co? Jesteś taka sama jak inni, a myślałem, że jesteś inna, wyjątkowa. Myliłem się- cedzi zły i wychodzi, trzaskając drzwiami, a po moich policzkach zaczynają płynąć łzy, czuję się winna, musiałam tak zrobić. W poczuciu cholernych wyrzutów sumienia zrzucam kubek z blatu, który roztrzaskuje się na malutkie kawałki, gdy tylko styka się z podłogą, a sama oparta o blat siadam i zanoszę się płaczem. Dlaczego?
Na te wspomnienia po raz kolejny na moich policzkach pojawiają się łzy, jestem najgorszą osobą na świecie. Cały czas przed oczami mam jego piękne szmaragdowe tęczówki, ale nie tę złość, lecz żal i smutek. Nigdy nie sądziłam, że powiem mu coś takiego i, że w jego oczach zobaczę smutek, jakby po raz kolejny go ktoś zranił i to byłam ja. Przecież musiałam to zrobić, ale czemu czuję się cholernie winna.
- Leon...- łkam, nie jestem wstanie normalnie myśleć, nie jestem wstanie normalnie oddychać i teraz to ja nie jestem wstanie spojrzeć w swoje odbicie, bo czuję, że skrzywdziłam osobę, która była już skrzywdzona więcej niż powinna, a ja dołożyłam mu bólu. Nie znam go, a tak osądziłam...
~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hej.
Mam nadzieję, że podoba wam się 7.
Dzisiaj trochę inaczej...
Bardzo dziękuję wszystkim osobą, które skomentowały
wcześniejszy rozdział, jestem wam naprawdę wdzięczna.
Nie rozpisuje się, bo mam jutro test z chemii...
I oczywiście jak zawsze czekam na wasze opinie ;)
Do następnego weekendu :*
PS Przepraszam, że taki krótki, ale miałam ciężki tydzień...
sobota, 2 kwietnia 2016
Rozdział 6+ ważna notka, przeczytaj!!!
!!!Przeczytaj notka, ważna!!!
Dzisiejszy dzień nie potoczył się tak jakbym chciała i na dodatek nie chce się szybko skończyć tylko ciągnie się wiekami. Też tak macie, że dni, które są nawet zadowalające mijają tak, że nie masz czasu na wszystko co zaplanowałeś, a te okropne ciągnął się w nieskończoność, w skutek czego obie zostaje jeszcze do przepracowania sześć godzin. Ale czym było by szczęście Violetty Castillo, gdyby nie byłoby dzisiaj bankietu i akurat w mojej części siedzi nie kto inny jak Verdas. Nie mam pojęcia co on tu robi, ale wiem, że nie mogę się z nikim zamienić, a szatyn uparcie mnie zaczepia, co coraz trudniej jest mi to ignorować.- Viola sprawdź, czy na pewno wszystko jest na stole, bo u mnie strasznie szybko kończy się wino.- karze mi Ami, która jest naszą kierowniczką, więc chcąc nie chcąc muszę to zrobić. Ciężko wzdycham i kieruję się do stolików określanych przez nas jako strefą szóstą. Niestety brunetka miała rację i znalazłam cztery puste butelki wykwintnego czerwonego alkoholu. Zebrałam wszystkie i już z nabytą tu zręcznością i gracją wirowałam z nimi między ludźmi, aby donieść je w całości na zaplecze i wymienić na pełne.
- Widzę, że naszym gościom szybko idzie wino.- śmieje się Alex, mój kolega z pracy, bardzo go lubię, zawsze mogę z nim się pośmiać i czasem chodzimy razem na piwo.
- Daj spokój, mam już dość pełnej sali, że akurat dzisiaj musiał się odbyć, mógłby być wczoraj, albo w czwartek, jakby mnie nie było.- narzekam, na co blondyn się śmieje.
- Wczoraj jakiś gościu się ze mną wykłócał, że jego jedzenie jest za zimne.- na dane wspomnienie mężczyzna lekko się skrzywił.- zajął mi godzinę, rozumiesz?! A akurat miałem przerwę na lunch.- oburzył się, a ja zaśmiałam się i podmieniłam butelki na pełne. Uśmiechnęłam się dając mu do zrozumienia, że muszę już wracać na salę i wyszłam, na każdym stoliku położyłam jedną butelkę.
- Rozlało się, posprzątaj.- oznajmiła jakaś nie znana mi rudowłosa kobieta, która powinna skończyć picie dwie lampki temu. Nie zadowolona jej tonem przekręciłam oczami i ruszyłam po mopa, niestety moje zamiary uniemożliwił jakiś mężczyzna łapiąc mnie za nadgarstek. Przyciąga mnie płynnym ruchem, w skutek tego moja głowa boleśnie uderza w klatkę piersiową tego debila.
- Co sobie wyobrażasz?!- krzyczę zła i dopiero teraz rozpoznaję Verdasa, o nie, próbuję się wyrwać, lecz nie wychodzi mi to.
- Nie sądzisz, że powinnaś mi coś wytłumaczyć?- uśmiecha się do mnie zaczepnie.
- Chyba nie mamy o czym.- mój oschły ton zaskakuje mnie samą, ale on się nie przejmuję tym, jedyne co robi to śmieję się i przyciąga mnie do siebie łapiąc w talii.
- Naszą ostatnią randkę skarbie.- szepcze zmysłowo do mojego ucha- A raczej- przerywa i przygryza płatek mojego ucha, a jego dłoń zsuwa się tak, że szatyn bez problemu lekko masuję mój pośladek.- nasze dość bliskie zapoznanie się ze sobą w aucie.- całuję moją szyję, a ja walczę ze sobą, aby nie poddać się, lecz gdy zielonooki przytrzymuje mnie jak chce się odsunąć lekko pojękuję z powodu tego, że mocniej przyciska moje ciało do swojego.
- Nie mamy o czym.- ledwo wymawiam i podejmuję kolejną próbę uwolnienia, która kończy kończy się w ten sam sposób co poprzednia.- Puść mnie.- syczę, lecz on ma to po prostu w dupie.- Jestem w pracy to po pierwsze, a po drugie nie mam zamiaru kolejny raz dać ci się uwieść.- jestem wściekła, że naprawdę trudno przychodzi mi przeciwstawianie się mu, ale nie mogę, obiecałam to sobie.
- Ojj, kochanie, nie bądź taka, przecież ci się podobało, sama chciałaś więcej i teraz też to czujesz, tracisz kontrolę na sobą gdy tylko jestem obok. Nie zaprzeczysz temu. wiem to i ty też to wiesz.- całuję moją szyję dość zachłannie.
- Verdas zabieraj ode mnie te łapy i daj mi pracować.- warczę i odpycham go jak najmocniej potrafię, może rzeczywiście się odsuwa, ale robi to tylko i wyłącznie z własnej woli, i robi to na odległość jednego kroku, a na ego twarzy tkwi łobuzerski uśmieszek.
- Śliczna- znów jego usta muskają moje ucho, przymykam oczy.- Jak woli, ale pamiętaj, że jak coś to jetem tu, wiesz...- przerywa i lewą dłoń kładzie na moich żebrach na wysokości biustu, a mnie przechodzą ciarki.- noc jest jeszcze długa.- gdy odsuwa swoje usta od mojego ucha to całuję delikatnie kącik moich warg. Przez to było mi jeszcze gorzej odejść od niego, pragnę go, wiem jaki jest, ale tylko przy nim czuję tak silne pożądanie i nie ukrywajmy jest wprost genialny w łóżku.
Przez cały wieczór nie mogłam się skoncentrować i nie ukrywam, że Verdas jeszcze dwa razy próbował mi "umilić" godziny mojej pracy. Zaczynam powoli mieć dość i niestety Lu musiała mnie opuścić wcześniej, bo poślizgnęła się nie za bardzo wiem czym i chyba skręciła kostkę, bo nie mogła normalnie stanąć. więc Ami zwolniła ją z reszty pracy i biedna Meg musiała ogarniać dwie części sali. Cieszę się, że to nie przeszło na mnie, ale zastanawiam się jak wrócić do domu, bo przyjechałam razem z blondynką. Na szczęście reszta wieczoru odbyła się bez niespodzianek, lecz musiałam zostać godzinę i przeliczyć kasę, więc na mnie spadł obowiązek zamknięcia lokalu i wracania na pieszo do mieszkania. Przebrałam się, włączyłam alarm i powolnym krokiem ruszyłam w stronę mojego miejsca zamieszkania, po jakiś trzech minutach znów zaczął padać deszcz, a ja pogratulowałam sobie głupoty, bo nie wzięłam parasolki i nie mam choćby kaptura. Nagle poczułam jak ktoś nakłada mi na ramiona kurtkę, skórzaną, pachnącą perfumami, które zdążyłam już tak poznać, iż wiem, że tylko jedna osoba tak bosko pachnie- Leon. Odwróciłam się w jego stronę.
- Czego chcesz?- warczę, choć jestem wdzięczna, że tu jest, sama nie wiem dla czego.
- Oh, kochanie, nie unoś się tak.- mówi zmysłowym tonem.
- Zostaw mnie wreszcie w spokoju.- syczę, nie zwracając uwagi na to co powiedział.
- Przecież ty tego nie chcesz.- stwierdza, a ja zamieram.
- Skąd ty możesz wiedzieć co JA chcę.
- Bo nigdy, ani razu nie sprzeciwiłaś się temu jak cię nazywam, nie zauważyłaś, skarbie?- jego usta przybierają łobuzerski uśmieszek.
- Bo nie zwracałam na to uwagi.- zmyślam szybko, ale wiem, że tak naprawdę podobało mi się jak się do mnie zwraca.
- Nie kłam, widać po tobie, że cieszysz się, gdy słyszysz jak zwracam się do ciebie, śliczna, czy kochanie.- mówi pociągającym głosem, przyciągając mnie do siebie. Nasze mokre ciała zderzają się ze sobą, a ja wzdycham czując jego mięśnie, przez dwie mokre koszulki.- Widzisz, teraz jesteś podniecona i chcesz więcej.- szepce mi do ucha, a jego ręce schodzą na moje pośladki, a ja cały czas stoję jak zahipnotyzowana i nie wiem co robić, mój umysł jest całkowicie w innej rzeczywistości, w której liczy się tylko bliskość Leona. Niestety wiem, że nie mogę na to pozwolić, ale sprzeciw działaniom Leona jest jak walka z samą sobą i swoimi pragnieniami.
- I jeszcze więcej.- mówi szatyn i zaczyna całować moją szyję, ssąc w jednym miejscu, tym samym kiedy byliśmy na dyskotece.- Nie zaprzeczysz?- pyta oderwawszy się od mojej szyi.
- Leon...- próbuję coś z siebie wydusić, ale nie wiem co.
- Choć, zawiozę cię do domu, śliczna.- nie jestem w stanie wypowiedzieć czegokolwiek, idę za szatynem milcząc.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hej!
Przepraszam, że tydzień emu nic nie dodałam,
ale pisałam na telefonie i w sumie rozdział był dość długi.
Niestety stwierdziłam, że jest słaby i wolałam nic nie dodać.
Później szkoła, ale ten rozdział pisałam trzy dni nie mogąc nic wymyślić.
Tak oto przedstawiam wam moje wypociny i mam nadzieje, że wam się spodobają.
Mam jeszcze jedną sprawę i to super ważną.
Nie wiem czemu pod ostatnim rozdziałem jest ponad 200 wyświetleń,
a komentarzy 3.
Staram się pisać coraz lepiej dla was i jest mi przykro kiedy nie widzę
chociażby złego zdania o moim opowiadaniu.
Mi wystarczy nawet kropka, jedno słowo.
Ale chciałabym wiedzieć, ile osób to naprawdę czyta.
Czy jest sens dalej ciągnąć bloga.
Szczególnie, że widzę czasem więcej komentarzy.
Najwięcej to 5, a jak patrzę pod rozdziałami innych
ponad dziesięć razy więcej komów, to zastanawiam się, czy serio jestem,
aż tak słaba?
Proszę was, żebyście pod tym rozdziałem zostawili
chociaż kropkę, jeśli czytacie.
Bo zastanawiam się od dłuższego czasu nad sensem istnienia tego bloga...
piątek, 18 marca 2016
Rozdział 5
Pewnie wiecie co zrobiłam jak się obudziłam następnego dnia. Uciekłam, szybko założyłam spodnie, które były jeszcze trochę mokre, ale nie przeszkadzało mi to. Nie wierzę w to co zrobiłam... Brawo właśnie dałaś się przelecieć jakiemuś kolesiowi, który pewnie tylko na to czekał. Z przemyśleń wyrywa mnie dzwonek do drzwi, lekko się wzdrygam, lecz szybko uspokajam się myślą, że Verdas dostał to czego chciał i da mi już spokój. Gdy otworzyłam drewnianą konstrukcję moim oczom ukazała się postać blondynki.
- Hej. Pamiętasz, że dzisiaj jesteśmy umówione na zakupy?- pyta widząc moją lekko zdziwioną minę.
- Nie zapomniałam, ale to nic, poczekaj minutę, tylko wezmę torebkę.- uśmiecham się lekko.
- Ej. Co ci jest? Jesteś strasznie niemrawa.- martwi się.
- Nic, muszę się tylko lekko rozruszać, bo się dzisiaj nie wyspałam.
- A jaki jest powód twojego niewyspania.- pyta poruszając śmiesznie brwiami.
- Hej. Pamiętasz, że dzisiaj jesteśmy umówione na zakupy?- pyta widząc moją lekko zdziwioną minę.
- Nie zapomniałam, ale to nic, poczekaj minutę, tylko wezmę torebkę.- uśmiecham się lekko.
- Ej. Co ci jest? Jesteś strasznie niemrawa.- martwi się.
- Nic, muszę się tylko lekko rozruszać, bo się dzisiaj nie wyspałam.
- A jaki jest powód twojego niewyspania.- pyta poruszając śmiesznie brwiami.
piątek, 11 marca 2016
Rozdział 4 18+
Od kiedy tylko wstałam zastanawiam się, czy na pewno robię dobrze idąc na tą randkę z Verdas'em.
Nie wiem czemu za każdym razem tracę przy nim kontrolę nad sobą, Ale wiem jedno, że nie wiem o nim kompletnie nic a mimo to pcham się na spotkanie z nim. Gdyby Lu zamiast Fede zaczęłaby kręcić z takim typkiem jakim jest Verdas to chyba sama bym go wykastrowała, ale moja przyjaciółka ma to w nosie... Nie wiem, czy powinna się cieszyć, czy raczej płakać, ale cóż żyję się tylko raz. Z przemyśleń wybudza mnie dźwięk gotującej się wody w czajniku, szybkim ruchem wstaje z kanapy i ruszam w kierunku kuchni, gdzie zalewam kakao i znów idę kontynuować oglądanie jakiejś tandetniej telenoweli. Szczerzę to nie rusza mnie historyjka o miłości wyssana z palca i mało prawdopodobna. Po co dawać ludziom nadzieję na taką miłość, czy po co ich uczulać na fałszywość
Nie wiem czemu za każdym razem tracę przy nim kontrolę nad sobą, Ale wiem jedno, że nie wiem o nim kompletnie nic a mimo to pcham się na spotkanie z nim. Gdyby Lu zamiast Fede zaczęłaby kręcić z takim typkiem jakim jest Verdas to chyba sama bym go wykastrowała, ale moja przyjaciółka ma to w nosie... Nie wiem, czy powinna się cieszyć, czy raczej płakać, ale cóż żyję się tylko raz. Z przemyśleń wybudza mnie dźwięk gotującej się wody w czajniku, szybkim ruchem wstaje z kanapy i ruszam w kierunku kuchni, gdzie zalewam kakao i znów idę kontynuować oglądanie jakiejś tandetniej telenoweli. Szczerzę to nie rusza mnie historyjka o miłości wyssana z palca i mało prawdopodobna. Po co dawać ludziom nadzieję na taką miłość, czy po co ich uczulać na fałszywość
piątek, 4 marca 2016
Rozdział 3
Leon Verdas, 26 letni szatyn o zielonych oczach, znany z wielu bójek, wcześniejszych latach swojego życia zajmował się dilerką, ale skończył z tym po śmierci matki. Tego dowiedziałam się od Lu, po wielokrotnych błaganiach jej aby wytłumaczyła mi o co z nim chodzi, ona wypowiada tylko jedno zdanie. Koleś postawił sobie mnie za kolejny cel, a moja przyjaciółka streszcza jego życiorys do jednego pieprzonego zdania. Własnie siedzę z herbatą w ręku i parze przez okno, mała wiewiórka przebiega po gałęziach drzew i przejmuje się tylko tym, żeby nie spaść lub miejscem, w którym schowała orzeszka. Cały czas rozmyślam nad wczorajszą sceną, a o tym przypomina mi skutecznie malina na szyi, która wciąż lekko piecze. Mój umysł był tak pochłonięty pożądaniem, że nie panowałam nad ciałem, nigdy nie zdarzyło mi się nic podobnego przy kimkolwiek. W głowie nadal mam jego szmaragdowe oczy, zapach cudnych perfum, wyczuwalnych mięśni spod warstwy cienkiego materiału i skórzanej kurtki.
- Co się ze mną dzieje.- szepczę sama do siebie. Jestem przerażona tym wszystkim co się dzieje dookoła mnie. Wstaję z wygodnego fotela i odnoszę pusty już kubek do zlewu, po czym idę do pokoju i zaczynam się szykować, umówiłam się z Lu, że jej pomogę w wyborze mebli do wspólnego mieszkania jej i Federico. Po kilku minutach wychodzę gotowa z łazienki i ruszam w stronę przedpokoju, gdzie ubieram kurtkę i buty. Po raz ostatni przeglądam się w lustrze i wychodzę zamykając drzwi na klucz, który następnie chowam do torebki. Idąc chodnikiem poprawiam włosy tak, aby zakrywały "prezent" od szatyna.
- Wreszcie jesteś!- śmieję się ze mnie blondynka, przyznam, że się lekko zgubiłam, bo źle przeczytałam adres. Niestety zdarza mi się to często.
- Przepraszam.- mówię szybko i siadam na krześle na przeciwko Lu.
- Zamówiłam już dla nas, więc zaraz będzie.- uśmiecha się do mnie wyrozumiale.
- Dziękuje, nie wiem czemu, ale cały czas jestem zamotana.- tłumaczę się dalej.
- Vils spokojnie.- śmieje się.- Mam nadzieję, że Fede nie będzie ci przeszkadzał, bo jedzie z nami.- mówi radosna. Eh... Czyli znowu będę piątym kołem u woku.
- Nie no coś ty, to przecież będzie wasze mieszkanie.- tylko po co prosiłaś mnie o pomoc?!
- Proszę oto wasze zamówienie.- uśmiecha się do blondynki brunet o ciemnych oczach.
Mija już druga godzina a ja chodzę za moimi przyjaciółmi i patrzę jak całują się, śmieją i wybierają nie pytając mnie o zdanie. Mam dość!
- Lu, wiesz co, jestem strasznie zmęczona, bo nie spałam w nocy, więc wy sobie dalej patrzcie, a ja wrócę do domu.- powiedziałam i nie czekając na jej reakcje wyszłam z budynku. Wzięłam głęboki oddech wiedząc, że czeka mnie dość długi marsz. Nie czekając dłużej ruszyłam w stronę domu, gdy po kilku minutach zaczął padać deszcz, ale jakie byłoby to szczęście jakby akurat w obrębie kilkuset metrów nie było by niczego, gdzie można się schować. Naglę czuję jak moje barki przykrywa suchy materiał, przestraszona odwracam się w tamtą stronę i napotykam nikogo innego jak Leona Verdasa. W pierwszej chwili zastygam nie wiedząc co zrobić.
- Znów się spotykamy, śliczna.- puszcza do mnie oko jestem troszkę przestraszona, bo nie wiem czy nic mi nie zrobi.- No przykryj się kurtką, żebyś nie zmokła do końca.- posłusznie wypełniam jego polecenie.
- Dziękuję.- mruczę nie śmiało. Nie wiem, co mam robić, idziemy dalej w ciszy, aż w końcu szatyn chwyta mnie za ramię i pociąga lekko w lewo. Zdezorientowana patrzę na zielonookiego.
- Podwiozę cię.
- Chyba wolę nie...- mówię cicho.
- Nie wygłupiaj się, pada deszcz.- mówi ciągnąc mnie w stronę auta.- Nic ci nie zrobię.- zapewnia, naglę zabłysło.
- Okey.- mówię szybko na co on się śmieje.
- Nie wiedziałem, że jesteś taka strachliwa, Violetto.- uśmiecha się zadziornie, a ja drżę gdy wypowiada moje imię. Otworzył mi drzwi. Przez całą drogę siedzieliśmy w ciszy. Gdy dotarliśmy pod moje mieszkanie zaprosiłam go na herbatę, sama nie wiem dlaczego, to był impuls. Wpuściłam go do salonu i poszłam wstawić wodę, po kilku minutach przyszłam z dwoma kubkami parującego napoju. Usiadłam obok niego na kanapie i podałam mu jeden.
- Mam pytanie, które nurtuje mnie od dyskoteki.- zaczynam nie pewnie, a on patrzy na mnie wzrokiem zachęcającym do kontynuowania.- Czemu mówisz, że jestem twoja?
- Bo jesteś krucha, bezbronna, gdybym ci wtedy nie pomógł to dobrze wiesz jakbyś skończyła.- mówi tak lekkim tonem jakby to była jedna z najnormalniejszych rzeczy na świecie.
- A to na dyskotece?- dopytuje.
- A to był taki dodatek.- uśmiecha się porozumiewawczo i odrzuca na plecy kosmyk zakrywający mi malinkę od niego.- Może by ją poprawić.- bardziej stwierdza jak pyta. Lekko nachyla się nad moja szyją i muska wargami moją szyję i znów ssie moją skórą, jestem tak zdziwiona obrotem spraw i strachem przed ponownym bólem. O dziwo nie czuję bólu tylko ogromną przyjemność, czuję jak Leon przyciąga mnie do siebie i znów nasze klatki się zderzają, a ja nie wiem kiedy znajduję się na jego kolanach. Pod wpływem jego dotyku zapominam o wszystkim. Odrywa się ode mnie i zsuwa swoje ręce z talii na biodra i przyciąga do siebie.- Jutro 18 przyjdę po ciebie.- mruczy mi do ucha i lekko mnie zsuwa ze swoich kolan i wychodzi znów zostawiając mnie w szoku.
- Co się ze mną dzieje.- szepczę sama do siebie. Jestem przerażona tym wszystkim co się dzieje dookoła mnie. Wstaję z wygodnego fotela i odnoszę pusty już kubek do zlewu, po czym idę do pokoju i zaczynam się szykować, umówiłam się z Lu, że jej pomogę w wyborze mebli do wspólnego mieszkania jej i Federico. Po kilku minutach wychodzę gotowa z łazienki i ruszam w stronę przedpokoju, gdzie ubieram kurtkę i buty. Po raz ostatni przeglądam się w lustrze i wychodzę zamykając drzwi na klucz, który następnie chowam do torebki. Idąc chodnikiem poprawiam włosy tak, aby zakrywały "prezent" od szatyna.
- Wreszcie jesteś!- śmieję się ze mnie blondynka, przyznam, że się lekko zgubiłam, bo źle przeczytałam adres. Niestety zdarza mi się to często.
- Przepraszam.- mówię szybko i siadam na krześle na przeciwko Lu.
- Zamówiłam już dla nas, więc zaraz będzie.- uśmiecha się do mnie wyrozumiale.
- Dziękuje, nie wiem czemu, ale cały czas jestem zamotana.- tłumaczę się dalej.
- Vils spokojnie.- śmieje się.- Mam nadzieję, że Fede nie będzie ci przeszkadzał, bo jedzie z nami.- mówi radosna. Eh... Czyli znowu będę piątym kołem u woku.
- Nie no coś ty, to przecież będzie wasze mieszkanie.- tylko po co prosiłaś mnie o pomoc?!
- Proszę oto wasze zamówienie.- uśmiecha się do blondynki brunet o ciemnych oczach.
Mija już druga godzina a ja chodzę za moimi przyjaciółmi i patrzę jak całują się, śmieją i wybierają nie pytając mnie o zdanie. Mam dość!
- Lu, wiesz co, jestem strasznie zmęczona, bo nie spałam w nocy, więc wy sobie dalej patrzcie, a ja wrócę do domu.- powiedziałam i nie czekając na jej reakcje wyszłam z budynku. Wzięłam głęboki oddech wiedząc, że czeka mnie dość długi marsz. Nie czekając dłużej ruszyłam w stronę domu, gdy po kilku minutach zaczął padać deszcz, ale jakie byłoby to szczęście jakby akurat w obrębie kilkuset metrów nie było by niczego, gdzie można się schować. Naglę czuję jak moje barki przykrywa suchy materiał, przestraszona odwracam się w tamtą stronę i napotykam nikogo innego jak Leona Verdasa. W pierwszej chwili zastygam nie wiedząc co zrobić.
- Znów się spotykamy, śliczna.- puszcza do mnie oko jestem troszkę przestraszona, bo nie wiem czy nic mi nie zrobi.- No przykryj się kurtką, żebyś nie zmokła do końca.- posłusznie wypełniam jego polecenie.
- Dziękuję.- mruczę nie śmiało. Nie wiem, co mam robić, idziemy dalej w ciszy, aż w końcu szatyn chwyta mnie za ramię i pociąga lekko w lewo. Zdezorientowana patrzę na zielonookiego.
- Podwiozę cię.
- Chyba wolę nie...- mówię cicho.
- Nie wygłupiaj się, pada deszcz.- mówi ciągnąc mnie w stronę auta.- Nic ci nie zrobię.- zapewnia, naglę zabłysło.
- Okey.- mówię szybko na co on się śmieje.
- Nie wiedziałem, że jesteś taka strachliwa, Violetto.- uśmiecha się zadziornie, a ja drżę gdy wypowiada moje imię. Otworzył mi drzwi. Przez całą drogę siedzieliśmy w ciszy. Gdy dotarliśmy pod moje mieszkanie zaprosiłam go na herbatę, sama nie wiem dlaczego, to był impuls. Wpuściłam go do salonu i poszłam wstawić wodę, po kilku minutach przyszłam z dwoma kubkami parującego napoju. Usiadłam obok niego na kanapie i podałam mu jeden.
- Mam pytanie, które nurtuje mnie od dyskoteki.- zaczynam nie pewnie, a on patrzy na mnie wzrokiem zachęcającym do kontynuowania.- Czemu mówisz, że jestem twoja?
- Bo jesteś krucha, bezbronna, gdybym ci wtedy nie pomógł to dobrze wiesz jakbyś skończyła.- mówi tak lekkim tonem jakby to była jedna z najnormalniejszych rzeczy na świecie.
- A to na dyskotece?- dopytuje.
- A to był taki dodatek.- uśmiecha się porozumiewawczo i odrzuca na plecy kosmyk zakrywający mi malinkę od niego.- Może by ją poprawić.- bardziej stwierdza jak pyta. Lekko nachyla się nad moja szyją i muska wargami moją szyję i znów ssie moją skórą, jestem tak zdziwiona obrotem spraw i strachem przed ponownym bólem. O dziwo nie czuję bólu tylko ogromną przyjemność, czuję jak Leon przyciąga mnie do siebie i znów nasze klatki się zderzają, a ja nie wiem kiedy znajduję się na jego kolanach. Pod wpływem jego dotyku zapominam o wszystkim. Odrywa się ode mnie i zsuwa swoje ręce z talii na biodra i przyciąga do siebie.- Jutro 18 przyjdę po ciebie.- mruczy mi do ucha i lekko mnie zsuwa ze swoich kolan i wychodzi znów zostawiając mnie w szoku.
~~~~~~~~~~~~~~~~
Hej!
Szczerzę to nawet podoba mi się 3
i mam nadzieję, że wam też.
Czekam na wasze opinie
Do następnego ;*
sobota, 27 lutego 2016
Rozdział 2
- Ale, Lu... Ja nie chce...- po raz kolejny próbuję się wymigać od pójścia na imprezę z Lu, Cami, która pewnie będzie z Broduey'em i Francescą, ona zawsze liże się z jakimś typkiem po kiblach lub kątach. I niestety jestem jedyną osobą z moich znajomych, której wizja hałasu, smrodu fajek i alkoholu oraz typów nachlanych w trzy dupy chcący przelecieć wszystko co się rusza wraz z tobą, nie kręci. Nawet Fede, chłopak Lu, chciałby się ze mną zamienić, bo musi zostać trochę dłużej w pracy, tak w sobotę...
- No, ale będzie fajnie- próbuje mnie namówić.- Wezmę za ciebie czwartek- mówi z chytrym uśmieszkiem, dobrze wie, że w czwartek mam ważną sprawą do załatwienia i chcąc nie chcąc muszę iść na tę cholerną imprezę.
- Jaka ty kochana jesteś.- mówię z mocno wyczuwalnym sarkazmem, a blondynka posyła mi w powietrzu buziaka na co kręcę oczami z dezaprobatą.
- Musimy się zacząć szykować!- krzyczy i ciągnie mnie za sobą do swojego pokoju, nie ma to jak spędzić sobotę na " dobrej zabawie ".
- Vils jesteśmy już na imprezie, więc nie masz możliwości odwrotu. Uśmiechnij się chociaż.- posyła mi jeden z najszczerszych uśmiechów i ciągnie do baru, tam zamawiamy obie sex on the beatch. Po kilku kolejnych minutach Lu i reszt dziewczyn znika z mojego zasięgu wzroku, szybko dopijam drinka. Gdy chcę odwrócić się, czuję na swoich biodrach ciepłe ręce mężczyzny, więc odruchowo nieruchomieję.
- Zatańczymy?- pyta ustami muskając moje ucho.
- Wolałabym nie...- próbuję wyrwać się z dość mocnego uścisku, lecz tajemniczy mężczyzna odwraca mnie w swoją stronę i przed oczami stoi ten sam szatyn, który mnie ostatnio uratował. Moje kolana automatycznie miękną, a oddech przyspiesza, przyciąga mnie bliżej siebie, łapiąc w tali, przez co zderzamy się klatkami, z moich płuc wydobywa się cichy jęk, stłumiony przez muzykę.
- Tylko jeden.- znów jego usta przy moim uchu, po raz kolejny przyciska mnie do siebie jeszcze mocniej. Wyczuwam, że ma na sobie skórzaną kurtkę, gdyż mam gołe ramiona.
- Ale tylko jeden?- upewniam się.
- Chyba, że poprosisz o więcej, śliczna.- puszcza mi oko i uśmiecha się szarmancko, łapie mnie za rękę i rusza w stronę parkietu, ciągnie mnie, aż na sam środek i dopiero tam ponownie przyciska do siebie. Nasze klatki zderzają się ze sobą, oddechy mieszają, oczy wpatrują się nawzajem w tęczówki swojego partnera. Moje ciało odmawia mi posłuszeństwa i jestem prawie pewna, że gdyby mnie puścił to upadłabym na ziemię, Zarzucam ręce na jego barki, a on przyciska mnie jeszcze mocniej do siebie, jęczę z zachwytu tą bliskością, z faktu, że moje usta są tuż przy jego uchu mogę być pewna, że to usłyszał. Zaczynamy poruszać się powili do dość szybkiego utworu i jestem pewna, że z boku wyglądamy jak mocno nachlana para, która ma w planach tylko jedno. Czuję jego boskie perfumy i jestem w stanie stwierdzić, że ręce szatyna zjechały lekko w dół.
- Może teraz zdradzisz mi swoje imię, śliczna?- pyta, muskając moje ucho.
- Violetta- wyrzucam z siebie nie myśląc.- A ty?
- Leon- mówi z nutą erotyzmu i zaczyna całować moją szyję, pomrukuję z przyjemności i tym razem ja przyciskam nas bliżej siebie, czuję jak moje piersi są miażdżone o umięśnioną klatkę piersiową szatyna, nie przejmuję się lekki bólem, jestem na to zbyt podniecona. Czuję jak kolejny mokry pocałunek ląduje na mojej szyi, czuję jak odrywa się ode mnie i lekko rusza głową szukając kolejnego miejsca spragnionego jego dotyku, odchylam głowę i daje mu pełen dostęp do mojej szyi. Sunie pocałunkami w górę i w dół, aż nagle zatrzymuje się w jednym miejscu i pieści jego skórę. Zaczyna ją lekko ssać i przygryzać, teraz boli mnie to niemiłosiernie, ale nie mam siły, aby odepchnąć go od siebie, czuję jego dłonie na moich pośladkach, masujące je i przyciągające do swojego przyrodzia. Po kilku minutach puszcza mnie i dmucha zimnym powietrzem po opuchniętym miejscu. Przymykam oczy czując jak na mojej twarzy pojawiają się mokre ślady. Łzy.
- Teraz już wiedzą, że jesteś moja.- mruga do mnie porozumiewawczo, a ja dopiero teraz rozumiem o co mu chodzi. Szybko uciekam do Ludmiły, która gdy tylko widzi w jakim jestem stanie i malinkę za szyi przytula mnie.
- Violu co się stało.- pyta przerażona, ja tylko spoglądam na Leona, który patrzy na mnie, puszcza mi oczko i wychodzi.- Verdas?!- W ciągu kolejnych paru minut przyjeżdża po nas Fede.
- Viola ty idź do auta.- nakazuje mi blondynka, więc robię to, gdy widzę Lu tłumaczącą Włochowi sytuację, gdy jej usta układają się w słowo "Verdas", szatyn blednie.
- No, ale będzie fajnie- próbuje mnie namówić.- Wezmę za ciebie czwartek- mówi z chytrym uśmieszkiem, dobrze wie, że w czwartek mam ważną sprawą do załatwienia i chcąc nie chcąc muszę iść na tę cholerną imprezę.
- Jaka ty kochana jesteś.- mówię z mocno wyczuwalnym sarkazmem, a blondynka posyła mi w powietrzu buziaka na co kręcę oczami z dezaprobatą.
- Musimy się zacząć szykować!- krzyczy i ciągnie mnie za sobą do swojego pokoju, nie ma to jak spędzić sobotę na " dobrej zabawie ".
- Vils jesteśmy już na imprezie, więc nie masz możliwości odwrotu. Uśmiechnij się chociaż.- posyła mi jeden z najszczerszych uśmiechów i ciągnie do baru, tam zamawiamy obie sex on the beatch. Po kilku kolejnych minutach Lu i reszt dziewczyn znika z mojego zasięgu wzroku, szybko dopijam drinka. Gdy chcę odwrócić się, czuję na swoich biodrach ciepłe ręce mężczyzny, więc odruchowo nieruchomieję.
- Zatańczymy?- pyta ustami muskając moje ucho.
- Wolałabym nie...- próbuję wyrwać się z dość mocnego uścisku, lecz tajemniczy mężczyzna odwraca mnie w swoją stronę i przed oczami stoi ten sam szatyn, który mnie ostatnio uratował. Moje kolana automatycznie miękną, a oddech przyspiesza, przyciąga mnie bliżej siebie, łapiąc w tali, przez co zderzamy się klatkami, z moich płuc wydobywa się cichy jęk, stłumiony przez muzykę.
- Tylko jeden.- znów jego usta przy moim uchu, po raz kolejny przyciska mnie do siebie jeszcze mocniej. Wyczuwam, że ma na sobie skórzaną kurtkę, gdyż mam gołe ramiona.
- Ale tylko jeden?- upewniam się.
- Chyba, że poprosisz o więcej, śliczna.- puszcza mi oko i uśmiecha się szarmancko, łapie mnie za rękę i rusza w stronę parkietu, ciągnie mnie, aż na sam środek i dopiero tam ponownie przyciska do siebie. Nasze klatki zderzają się ze sobą, oddechy mieszają, oczy wpatrują się nawzajem w tęczówki swojego partnera. Moje ciało odmawia mi posłuszeństwa i jestem prawie pewna, że gdyby mnie puścił to upadłabym na ziemię, Zarzucam ręce na jego barki, a on przyciska mnie jeszcze mocniej do siebie, jęczę z zachwytu tą bliskością, z faktu, że moje usta są tuż przy jego uchu mogę być pewna, że to usłyszał. Zaczynamy poruszać się powili do dość szybkiego utworu i jestem pewna, że z boku wyglądamy jak mocno nachlana para, która ma w planach tylko jedno. Czuję jego boskie perfumy i jestem w stanie stwierdzić, że ręce szatyna zjechały lekko w dół.
- Może teraz zdradzisz mi swoje imię, śliczna?- pyta, muskając moje ucho.
- Violetta- wyrzucam z siebie nie myśląc.- A ty?
- Leon- mówi z nutą erotyzmu i zaczyna całować moją szyję, pomrukuję z przyjemności i tym razem ja przyciskam nas bliżej siebie, czuję jak moje piersi są miażdżone o umięśnioną klatkę piersiową szatyna, nie przejmuję się lekki bólem, jestem na to zbyt podniecona. Czuję jak kolejny mokry pocałunek ląduje na mojej szyi, czuję jak odrywa się ode mnie i lekko rusza głową szukając kolejnego miejsca spragnionego jego dotyku, odchylam głowę i daje mu pełen dostęp do mojej szyi. Sunie pocałunkami w górę i w dół, aż nagle zatrzymuje się w jednym miejscu i pieści jego skórę. Zaczyna ją lekko ssać i przygryzać, teraz boli mnie to niemiłosiernie, ale nie mam siły, aby odepchnąć go od siebie, czuję jego dłonie na moich pośladkach, masujące je i przyciągające do swojego przyrodzia. Po kilku minutach puszcza mnie i dmucha zimnym powietrzem po opuchniętym miejscu. Przymykam oczy czując jak na mojej twarzy pojawiają się mokre ślady. Łzy.
- Teraz już wiedzą, że jesteś moja.- mruga do mnie porozumiewawczo, a ja dopiero teraz rozumiem o co mu chodzi. Szybko uciekam do Ludmiły, która gdy tylko widzi w jakim jestem stanie i malinkę za szyi przytula mnie.
- Violu co się stało.- pyta przerażona, ja tylko spoglądam na Leona, który patrzy na mnie, puszcza mi oczko i wychodzi.- Verdas?!- W ciągu kolejnych paru minut przyjeżdża po nas Fede.
- Viola ty idź do auta.- nakazuje mi blondynka, więc robię to, gdy widzę Lu tłumaczącą Włochowi sytuację, gdy jej usta układają się w słowo "Verdas", szatyn blednie.
~~~~~~~~~~~~~~~
Hej!
Mam nadzieję, że podoba wam się to co naskrobałam,
czekam na wasze opinie ;)
piątek, 19 lutego 2016
Rodział 1
Kolejny męczący dzień za mną. Rzucam zniszczone i przemoczone szpilki w kąt, zmęczona opadam na kanapę. Jestem po bardzo ciężkim dniu w pracy, jestem kelnerką w jednej z najdroższych restauracji i jak pewnie się domyślacie przychodzą tam tylko bogate ćwoki, którzy myślą, że skoro mają pieniądze to mogą wszystko. Niestety jak wracałam do domu to moje kochane auto zepsuło się, a wszystkie drobne wypadły mi jak przebierałam się i wpadły pod krzesła, które były zajęte przez pijanych ćwoków, więc postanowiłam je tam zostawić, i nie ryzykować. A telefon? No cóż wpadł do garnka z gotującą się wodą, bo ktoś mnie popchnął, a komórka wypadła mi z rąk. Z tego powodu musiałam iść na piechotę 10 kilometrów, ale co to było by za szczęście, gdyby nie zaczęło lać?! Obecnie jest 22, a ja siedzę na kanapie w przemoczonych ciuchach i pustą lodówką... Wspaniałe urodziny. Nie przedstawiłam się jestem Violetta Castillo, tak córka tego miliardera Germana Castillo, który ma ją w nosie od momentu śmierci mamy i wszystko co ma oddaje swojemu synowi w przyszłości prezesowi firmy Castillo. Tak to James Castillo, który uważa, że jego siostra zapracowała sobie na to co ma, a nie jest to wina dużego podobieństwa do mamy. Staję przed lustrem i zastygam przerażona, rozmazany makijaż, ubrania mokre i obłocone.
- Wszystkiego najlepszego, Violu- mówię sama do siebie. Mam przyjaciółkę, ale ona ma chłopaka i wiecie sami jak to jest... Inni znajomi są z pracy, nikt poza tym. Po kilku minutach stania i wpatrywania się w lustro stwierdzam, że przyda mi się kąpiel, ale w tym samym momencie mój brzuch domaga się jedzenia. Jak wcześniej wspomniałam nie mam nic w lodówce, bo miałam zrobić dzisiaj zakupy, ale przetrzymali dłużej w pracy. Cicho wzdycham i idę przebrać się w suche rzeczy, biorę pieniądze i idę do najbliższego fast food'a w okolicy. No co?! Mam urodziny, a poza tym wszystkie sklepy są raczej już zamknięte.
Przyspieszam kroku, gdy mija mnie dwóch najaranych mężczyzn, mówią coś do mnie i gwiżdżą, przez co jeszcze bardzie przyspieszam. Marzę o tym, żeby dali mi spokój i wtedy mogłabym spokojnie dojść do tego cholernego lokalu. Dyskretnie odwracam się i widzę, że moje marzenia nie zostaną spełnione, bo tych dwóch kolesi idzie, a raczej biegnie, w moją stronę. Rzucam parasolkę, którą wzięłam na wszelki wypadek i zrywam się do ucieczki, słyszę ich śmiech i kroki za swoimi plecami. Nagle czuję jak odbijam się od czegoś i upadam na chodnik, moje serce bije jak oszalałe i najpierw sprawdzam czy mam jeszcze czas na ucieczkę przed tymi ćpunami, ale ostatecznie stwierdzam, że nie mam dużych szans. Następnie spoglądam na przyczynę mojego upadku, sztywnieję. Jest to jakiś mężczyzna w skórzanej kurtce, z tego co mogę stwierdzić, bo światła tu prawie nie ma, to jest to szatyn.
- Dzięki, że nam pomogłeś znaleźć dupę na dzisiejszą noc.- rechocze jeden z moich prześladowców, a ja blednę. Nie, nie, nie proszę tylko nie to.
- Spieprzajcie zanim wam coś zrobię.- warczy wściekły, patrzy na mnie i z powrotem na nich.- Ona jest moja.- cedzi przez zęby, że co?
- Dobra, dobra przepraszamy.- unoszą ręce w geście obrony i odchodzą. A ja parzę się ze strachem na mężczyznę przede mną.
- Co taka piękna kobieta robi sama o takiej porze i to w tym miejscu?- pyta z kpiącym uśmieszkiem, co mnie przeraża jeszcze bardziej.- Przecież ktoś mógłby cię zgwałcić, porwać lub zabić.- cofam się powoli, ale wciąż leżę na ziemi, on tylko podaje mi rękę, którą chwytam i czuję jak delikatnie ciągnie mnie ku górze, dzięki czemu wstaje.
- D-dzię-dziękuje.- wykrztuszam przerażona jego zamiarami wobec mnie.- Ja chciałam tylko pójść coś zjeść...- tłumaczę się jak 10 latek rodzicowi, dlaczego odszedł od niego na chwilę. Do moich uszu dobiega jego śmiech, bawię go swoim zachowaniem.
- To może pójdę z tobą dalej, aby nikt cię już nie gonił?- proponuje z kpiącym uśmieszkiem.
- N-nie dziękuję.- wzrusza ramionami.
- Jak coś ci się stanie to pamiętaj, że proponowałem pomoc.- śmieje się.
- A jaką mam pewność, że ty mi nic nie zrobisz?- pytam zaciekawiona. Podchodzi do mnie bliżej.
- Moje słowo kochanie.- przełykam ślinę.
- N- nie jednak nie ja i tak zaraz dojdę, więc...- przerywa mi podchodząc do mnie tak blisko, że stykamy się klatkami, nogi mi miękną i serce przyspiesza.
- Dojść to możesz tylko ze mną, śliczna.- uśmiecha się porozumiewawczo i odchodzi.
- Wszystkiego najlepszego, Violu- mówię sama do siebie. Mam przyjaciółkę, ale ona ma chłopaka i wiecie sami jak to jest... Inni znajomi są z pracy, nikt poza tym. Po kilku minutach stania i wpatrywania się w lustro stwierdzam, że przyda mi się kąpiel, ale w tym samym momencie mój brzuch domaga się jedzenia. Jak wcześniej wspomniałam nie mam nic w lodówce, bo miałam zrobić dzisiaj zakupy, ale przetrzymali dłużej w pracy. Cicho wzdycham i idę przebrać się w suche rzeczy, biorę pieniądze i idę do najbliższego fast food'a w okolicy. No co?! Mam urodziny, a poza tym wszystkie sklepy są raczej już zamknięte.
Przyspieszam kroku, gdy mija mnie dwóch najaranych mężczyzn, mówią coś do mnie i gwiżdżą, przez co jeszcze bardzie przyspieszam. Marzę o tym, żeby dali mi spokój i wtedy mogłabym spokojnie dojść do tego cholernego lokalu. Dyskretnie odwracam się i widzę, że moje marzenia nie zostaną spełnione, bo tych dwóch kolesi idzie, a raczej biegnie, w moją stronę. Rzucam parasolkę, którą wzięłam na wszelki wypadek i zrywam się do ucieczki, słyszę ich śmiech i kroki za swoimi plecami. Nagle czuję jak odbijam się od czegoś i upadam na chodnik, moje serce bije jak oszalałe i najpierw sprawdzam czy mam jeszcze czas na ucieczkę przed tymi ćpunami, ale ostatecznie stwierdzam, że nie mam dużych szans. Następnie spoglądam na przyczynę mojego upadku, sztywnieję. Jest to jakiś mężczyzna w skórzanej kurtce, z tego co mogę stwierdzić, bo światła tu prawie nie ma, to jest to szatyn.
- Dzięki, że nam pomogłeś znaleźć dupę na dzisiejszą noc.- rechocze jeden z moich prześladowców, a ja blednę. Nie, nie, nie proszę tylko nie to.
- Spieprzajcie zanim wam coś zrobię.- warczy wściekły, patrzy na mnie i z powrotem na nich.- Ona jest moja.- cedzi przez zęby, że co?
- Dobra, dobra przepraszamy.- unoszą ręce w geście obrony i odchodzą. A ja parzę się ze strachem na mężczyznę przede mną.
- Co taka piękna kobieta robi sama o takiej porze i to w tym miejscu?- pyta z kpiącym uśmieszkiem, co mnie przeraża jeszcze bardziej.- Przecież ktoś mógłby cię zgwałcić, porwać lub zabić.- cofam się powoli, ale wciąż leżę na ziemi, on tylko podaje mi rękę, którą chwytam i czuję jak delikatnie ciągnie mnie ku górze, dzięki czemu wstaje.
- D-dzię-dziękuje.- wykrztuszam przerażona jego zamiarami wobec mnie.- Ja chciałam tylko pójść coś zjeść...- tłumaczę się jak 10 latek rodzicowi, dlaczego odszedł od niego na chwilę. Do moich uszu dobiega jego śmiech, bawię go swoim zachowaniem.
- To może pójdę z tobą dalej, aby nikt cię już nie gonił?- proponuje z kpiącym uśmieszkiem.
- N-nie dziękuję.- wzrusza ramionami.
- Jak coś ci się stanie to pamiętaj, że proponowałem pomoc.- śmieje się.
- A jaką mam pewność, że ty mi nic nie zrobisz?- pytam zaciekawiona. Podchodzi do mnie bliżej.
- Moje słowo kochanie.- przełykam ślinę.
- N- nie jednak nie ja i tak zaraz dojdę, więc...- przerywa mi podchodząc do mnie tak blisko, że stykamy się klatkami, nogi mi miękną i serce przyspiesza.
- Dojść to możesz tylko ze mną, śliczna.- uśmiecha się porozumiewawczo i odchodzi.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hej hej!
Tak oto prezentuję jedyneczka.
I wytłumaczenie :
Na razie piszę nową historię i starą albo skończę, albo będę czasem dodawała rozdziały.
Ala na razie nie mam na nią pomysłu, więc zaczynam nową,
Brawo Julia!
Przepraszam za błędy, ale rozdział pisany na szybko, więc przepraszam za błędy.
Poprawię na tygodniu.
Czekam na wasze opinie :*
Na razie piszę nową historię i starą albo skończę, albo będę czasem dodawała rozdziały.
Ala na razie nie mam na nią pomysłu, więc zaczynam nową,
Brawo Julia!
Przepraszam za błędy, ale rozdział pisany na szybko, więc przepraszam za błędy.
Poprawię na tygodniu.
Czekam na wasze opinie :*
niedziela, 31 stycznia 2016
Przepraszam, przepraszam, przepraszam.
Przepraszam, że znowu nie ma rozdziału, ale przez te trzy tygodnie cały czas uczyłam się i poprawiałam oceny. Teraz mam ferie i postaram się coś naskrobać, ale niczego raczej nie opublikuje. Nie wiem co dalej z tym opowiadaniem, bo nie mam na nie pomysłu... Ale o wszystkim dowiecie się najpóźniej za trzy tygodnie, ale postaram się wcześniej. Jeszcze raz was przepraszam, szczególnie, że pod ostatnim rozdziałem były 4 komy i może to nie dużo, ale dla mnie to jest naprawdę ważne. No to do zobaczenia.
niedziela, 3 stycznia 2016
Rozdział 27 i wytłumaczenie
Szybko spycham dłoń mężczyzny z mojej nogi i kieruje się w stronę wyjścia. Niestety w połowie drogi ktoś łapie mnie za nadgarstek i odwraca w swoją stronę, okazuje się, że to ten nachalny człowiek.
- Puść mnie!- krzycze najgłośniej jak potrafię, lecz muzyka i tak zagłusza mnie.
- No jak będziesz grzeczna to obędzie się bez zbędnej agresji.- boję się, co ten facet ode mnie chce?! Ciagnie mnie w stronę jakiś schodów i przyssiewa się do moich ust swoimi, przyciska mnie do ściany swoim ciałem. Obiema rękami rozdziera moją sukienkę na wysokości piersi i przy okazji stanik kończy jak ubranie, jego jedna dłoń tam zostaje i zaczyna bawić się nimi. Druga zaś szybko odnajduje koniec krótkiej sukienki i podwija tak aby mieć spokojny dostęp do moich majtek. Z moich oczu już strumieniami lecą łzy, nie mogę się poruszać przez jego ciało. Czuje jak moja bielizna zostaje zerwana ze mnie, a jego obślizgła łapa zaczyna wchodzić we mnie co raz brutalnej. Słyszę jak rozpina rozporek i nagle nie czuje już nic opadam przerażona na zimną posadzkę i otwieram oczy, aby zobaczyć co się dzieje. Zamieram... widzę Leona uderzającego mojego napastnika w głowę, ten upada nie przytomny. Szatyn szybko odwraca się w moją stronę i mocno przytula.
- Już wszystko dobrze Violu.- mocze kego koszulkę łzami i wtulam się w niego. Gdyby nie on, to ten fagas dawno by mnie pieprzył bez mojej zgody.
- D - dziękuję- łkam cicho.
- Nie masz za co.- głaszcze mnie po włosach, a ja po kilku minutach się uspokajam- Chodź pojedziemy do mnie, tam umyjesz się i pójdziesz spać.- prawie nie zauważalnie przytaknęłam głową. Szatyn odsunął się ode mnie i gdy zobaczył rozdarty przód sukienki zacisnął mocno szczękę, a ja próbowałam zasłonić się rękami. Zielonooki szybkim ruchem rozebrał się z górnej części stroju i ubrał mnie w nią. Byłam mu strasznie wdzięczna, pomógł mi wstać i przyciąga do siebie obejmując ramieniem. Gdy wychodzimy z klubu oddycham z ulgą.
- Dziękuję ci.- szepcze zznów zanosząc się płaczem, nagle czuję ogromny ból w głowie i po kilku sekundach czuję jak Leon podtrzymuje mnie przed upadkiem na chodnik.
Budzą mnie promienie słońca, gdy otwieram oczy czuję ból głowy, a wszystkie wspomnienia wracają, Boże dobrze, że Leon tam był. Jak na zawołanie do pomieszczenia wchodzi szattn z tabletką i szklanką wody.
- Lepiej się czujesz?- pyta zmartwiony.
- Tak już wszystko dobrze.- uśmiecham się lekko do niego- Jeszcze raz dziękuję ci za wszystko, gdyby nie ty... to...-moje oczy znów nabierają łez.
- Spokojnie Violu, nic ci nie zrobił.- przytulam się do niego najmocniej jak potrafię, teraz czuję się bezpiecznie. Po paru minutach Leon nie wypuszczając mnie z uścisku kładzie mnie i tuląc całuje w skroń. Bicie jego serca usypia mnie w ekspresowym tępie.
Właśnie weszłam do mojego mieszkania i czuję wzrok włoszki na sobie.
- Czemu wracasz o 19 następnego dnia?!-pyta wkurzona.
- Gdybyś mnie nie zostawiła to była bym wcześniej. Żaden fagas nie próbowałeby mnie zgwałcić, a Leon nie musiałby mnie ratować i przenocowywać!- krzyczę zdenerwowana postawą przyjaciółki, która blednie słysząc moje słowa.
-A-ale jak to?!- pyta przerażona.
- No (...) i gdyby nie on to nie skończył by na obmacywaniu mnie...- kończę płacząc po raz kolejny.
- Przepraszam Violu.- płacze razem zr mną.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hejo!
Wiem znowu krótki rozdział, ale pisze po raz kolejny z telefonu i inaczej nie mogę jak tylko dodawać krótsze rozdziały. Za tydzień rozdział na drugim blogu. Mam nadzieję, że wam się podoba.
Do następnego :*
PRZEPRASZAM ZA BŁĘDY
- Puść mnie!- krzycze najgłośniej jak potrafię, lecz muzyka i tak zagłusza mnie.
- No jak będziesz grzeczna to obędzie się bez zbędnej agresji.- boję się, co ten facet ode mnie chce?! Ciagnie mnie w stronę jakiś schodów i przyssiewa się do moich ust swoimi, przyciska mnie do ściany swoim ciałem. Obiema rękami rozdziera moją sukienkę na wysokości piersi i przy okazji stanik kończy jak ubranie, jego jedna dłoń tam zostaje i zaczyna bawić się nimi. Druga zaś szybko odnajduje koniec krótkiej sukienki i podwija tak aby mieć spokojny dostęp do moich majtek. Z moich oczu już strumieniami lecą łzy, nie mogę się poruszać przez jego ciało. Czuje jak moja bielizna zostaje zerwana ze mnie, a jego obślizgła łapa zaczyna wchodzić we mnie co raz brutalnej. Słyszę jak rozpina rozporek i nagle nie czuje już nic opadam przerażona na zimną posadzkę i otwieram oczy, aby zobaczyć co się dzieje. Zamieram... widzę Leona uderzającego mojego napastnika w głowę, ten upada nie przytomny. Szatyn szybko odwraca się w moją stronę i mocno przytula.
- Już wszystko dobrze Violu.- mocze kego koszulkę łzami i wtulam się w niego. Gdyby nie on, to ten fagas dawno by mnie pieprzył bez mojej zgody.
- D - dziękuję- łkam cicho.
- Nie masz za co.- głaszcze mnie po włosach, a ja po kilku minutach się uspokajam- Chodź pojedziemy do mnie, tam umyjesz się i pójdziesz spać.- prawie nie zauważalnie przytaknęłam głową. Szatyn odsunął się ode mnie i gdy zobaczył rozdarty przód sukienki zacisnął mocno szczękę, a ja próbowałam zasłonić się rękami. Zielonooki szybkim ruchem rozebrał się z górnej części stroju i ubrał mnie w nią. Byłam mu strasznie wdzięczna, pomógł mi wstać i przyciąga do siebie obejmując ramieniem. Gdy wychodzimy z klubu oddycham z ulgą.
- Dziękuję ci.- szepcze zznów zanosząc się płaczem, nagle czuję ogromny ból w głowie i po kilku sekundach czuję jak Leon podtrzymuje mnie przed upadkiem na chodnik.
Budzą mnie promienie słońca, gdy otwieram oczy czuję ból głowy, a wszystkie wspomnienia wracają, Boże dobrze, że Leon tam był. Jak na zawołanie do pomieszczenia wchodzi szattn z tabletką i szklanką wody.
- Lepiej się czujesz?- pyta zmartwiony.
- Tak już wszystko dobrze.- uśmiecham się lekko do niego- Jeszcze raz dziękuję ci za wszystko, gdyby nie ty... to...-moje oczy znów nabierają łez.
- Spokojnie Violu, nic ci nie zrobił.- przytulam się do niego najmocniej jak potrafię, teraz czuję się bezpiecznie. Po paru minutach Leon nie wypuszczając mnie z uścisku kładzie mnie i tuląc całuje w skroń. Bicie jego serca usypia mnie w ekspresowym tępie.
Właśnie weszłam do mojego mieszkania i czuję wzrok włoszki na sobie.
- Czemu wracasz o 19 następnego dnia?!-pyta wkurzona.
- Gdybyś mnie nie zostawiła to była bym wcześniej. Żaden fagas nie próbowałeby mnie zgwałcić, a Leon nie musiałby mnie ratować i przenocowywać!- krzyczę zdenerwowana postawą przyjaciółki, która blednie słysząc moje słowa.
-A-ale jak to?!- pyta przerażona.
- No (...) i gdyby nie on to nie skończył by na obmacywaniu mnie...- kończę płacząc po raz kolejny.
- Przepraszam Violu.- płacze razem zr mną.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hejo!
Wiem znowu krótki rozdział, ale pisze po raz kolejny z telefonu i inaczej nie mogę jak tylko dodawać krótsze rozdziały. Za tydzień rozdział na drugim blogu. Mam nadzieję, że wam się podoba.
Do następnego :*
PRZEPRASZAM ZA BŁĘDY
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)