sobota, 27 lutego 2016

Rozdział 2

- Ale, Lu... Ja nie chce...- po raz kolejny próbuję się wymigać od pójścia na imprezę z Lu, Cami, która pewnie będzie z Broduey'em i Francescą, ona zawsze liże się z jakimś typkiem po kiblach lub kątach. I niestety jestem jedyną osobą z moich znajomych, której wizja hałasu, smrodu fajek i alkoholu oraz typów nachlanych w trzy dupy chcący przelecieć wszystko co się rusza wraz z tobą, nie kręci. Nawet Fede, chłopak Lu, chciałby się ze mną zamienić, bo musi zostać trochę dłużej w pracy, tak w sobotę...
- No, ale będzie fajnie- próbuje mnie namówić.- Wezmę za ciebie czwartek- mówi z chytrym uśmieszkiem, dobrze wie, że w czwartek mam ważną sprawą do załatwienia i chcąc nie chcąc muszę iść na tę cholerną imprezę.
- Jaka ty kochana jesteś.- mówię z mocno wyczuwalnym sarkazmem, a blondynka posyła mi w powietrzu buziaka na co kręcę oczami z dezaprobatą.
- Musimy się zacząć szykować!- krzyczy i ciągnie mnie za sobą do swojego pokoju, nie ma to jak spędzić sobotę na " dobrej zabawie ".


- Vils jesteśmy już na imprezie, więc nie masz możliwości odwrotu. Uśmiechnij się chociaż.- posyła mi jeden z najszczerszych uśmiechów i ciągnie do baru, tam zamawiamy obie sex on the beatch. Po kilku kolejnych minutach Lu i reszt dziewczyn znika z mojego zasięgu wzroku, szybko dopijam drinka. Gdy chcę odwrócić się, czuję na swoich biodrach ciepłe ręce mężczyzny, więc odruchowo nieruchomieję.
- Zatańczymy?- pyta ustami muskając moje ucho.
- Wolałabym nie...- próbuję wyrwać się z dość mocnego uścisku, lecz tajemniczy mężczyzna odwraca mnie w swoją stronę i przed oczami stoi ten sam szatyn, który mnie ostatnio uratował. Moje kolana automatycznie miękną, a oddech przyspiesza, przyciąga mnie bliżej siebie, łapiąc w tali, przez co zderzamy się klatkami, z moich płuc wydobywa się cichy jęk, stłumiony przez muzykę.
- Tylko jeden.- znów jego usta przy moim uchu, po raz kolejny przyciska mnie do siebie jeszcze mocniej. Wyczuwam, że ma na sobie skórzaną kurtkę, gdyż mam gołe ramiona.
- Ale tylko jeden?- upewniam się.
- Chyba, że poprosisz o więcej, śliczna.- puszcza mi oko i uśmiecha się szarmancko, łapie mnie za rękę i rusza w stronę parkietu, ciągnie mnie, aż na sam środek i dopiero tam ponownie przyciska do siebie. Nasze klatki zderzają się ze sobą, oddechy mieszają, oczy wpatrują się nawzajem w tęczówki swojego partnera. Moje ciało odmawia mi posłuszeństwa i jestem prawie pewna, że gdyby mnie puścił to upadłabym na ziemię, Zarzucam ręce na jego barki, a on przyciska mnie jeszcze mocniej do siebie, jęczę z zachwytu tą bliskością, z faktu, że moje usta są tuż przy jego uchu mogę być pewna, że to usłyszał. Zaczynamy poruszać się powili do dość szybkiego utworu i jestem pewna, że z boku wyglądamy jak mocno nachlana para, która ma w planach tylko jedno. Czuję jego boskie perfumy i jestem w stanie stwierdzić, że ręce szatyna zjechały lekko w dół.
- Może teraz zdradzisz mi swoje imię, śliczna?- pyta, muskając moje ucho.
- Violetta- wyrzucam z siebie nie myśląc.- A ty?
- Leon- mówi z nutą erotyzmu i zaczyna całować moją szyję, pomrukuję z przyjemności i tym razem ja przyciskam nas bliżej siebie, czuję jak moje piersi są miażdżone o umięśnioną klatkę piersiową szatyna, nie przejmuję się lekki bólem, jestem na to zbyt podniecona. Czuję jak kolejny mokry pocałunek ląduje na mojej szyi, czuję jak odrywa się ode mnie i lekko rusza głową szukając kolejnego miejsca spragnionego jego dotyku, odchylam głowę i daje mu pełen dostęp do mojej szyi. Sunie pocałunkami w górę i w dół, aż nagle zatrzymuje się w jednym miejscu i pieści jego skórę. Zaczyna ją lekko ssać i przygryzać, teraz boli mnie to niemiłosiernie, ale nie mam siły, aby odepchnąć go od siebie, czuję jego dłonie na moich pośladkach, masujące je i przyciągające do swojego przyrodzia. Po kilku minutach puszcza mnie i dmucha zimnym powietrzem po opuchniętym miejscu. Przymykam oczy czując jak na mojej twarzy pojawiają się mokre ślady. Łzy.
- Teraz już wiedzą, że jesteś moja.- mruga do mnie porozumiewawczo, a ja dopiero teraz rozumiem o co mu chodzi. Szybko uciekam do Ludmiły, która gdy tylko widzi w jakim jestem stanie i malinkę za szyi przytula mnie.
- Violu co się stało.- pyta przerażona, ja tylko spoglądam na Leona, który patrzy na mnie, puszcza mi oczko i wychodzi.- Verdas?!- W ciągu kolejnych paru minut przyjeżdża po nas Fede.
- Viola ty idź do auta.- nakazuje mi blondynka, więc robię to, gdy widzę Lu tłumaczącą Włochowi sytuację, gdy jej usta układają się w słowo "Verdas", szatyn blednie.
~~~~~~~~~~~~~~~
Hej!
Mam nadzieję, że podoba wam się to co naskrobałam, 
czekam na wasze opinie ;)

piątek, 19 lutego 2016

Rodział 1

Kolejny męczący dzień za mną. Rzucam zniszczone i przemoczone szpilki w kąt, zmęczona opadam na kanapę. Jestem po bardzo ciężkim dniu w pracy, jestem kelnerką w jednej z najdroższych restauracji i jak pewnie się domyślacie przychodzą tam tylko bogate ćwoki, którzy myślą, że skoro mają pieniądze to mogą wszystko. Niestety jak wracałam do domu to moje kochane auto zepsuło się, a wszystkie drobne wypadły mi jak przebierałam się i wpadły pod krzesła, które były zajęte przez pijanych ćwoków, więc postanowiłam je tam zostawić, i nie ryzykować. A telefon? No cóż wpadł do garnka z gotującą się wodą, bo ktoś mnie popchnął, a komórka wypadła mi z rąk. Z tego powodu musiałam iść na piechotę 10 kilometrów, ale co to było by za szczęście, gdyby nie zaczęło lać?! Obecnie jest 22, a ja siedzę na kanapie w przemoczonych ciuchach i pustą lodówką... Wspaniałe urodziny. Nie przedstawiłam się jestem Violetta Castillo, tak córka tego miliardera Germana Castillo, który ma ją w nosie od momentu śmierci mamy i wszystko co ma oddaje swojemu synowi w przyszłości prezesowi firmy Castillo. Tak to James Castillo, który uważa, że jego siostra zapracowała sobie na to co ma, a nie jest to wina dużego podobieństwa do mamy. Staję przed lustrem i zastygam przerażona, rozmazany makijaż, ubrania mokre i obłocone.
- Wszystkiego najlepszego, Violu- mówię sama do siebie. Mam przyjaciółkę, ale ona ma chłopaka i wiecie sami jak to jest... Inni znajomi są z pracy, nikt poza tym. Po kilku minutach stania i wpatrywania się w lustro stwierdzam, że przyda mi się kąpiel, ale w tym samym momencie mój brzuch domaga się jedzenia. Jak wcześniej wspomniałam nie mam nic w lodówce, bo miałam zrobić dzisiaj zakupy, ale przetrzymali dłużej w pracy. Cicho wzdycham i idę przebrać się w suche rzeczy, biorę pieniądze i idę do najbliższego fast food'a w okolicy. No co?! Mam urodziny, a poza tym wszystkie sklepy są raczej już zamknięte.

Przyspieszam kroku, gdy mija mnie dwóch najaranych mężczyzn, mówią coś do mnie i gwiżdżą, przez co jeszcze bardzie przyspieszam. Marzę o tym, żeby dali mi spokój i wtedy mogłabym spokojnie dojść do tego cholernego lokalu. Dyskretnie odwracam się i widzę, że moje marzenia nie zostaną spełnione, bo tych dwóch kolesi idzie, a raczej biegnie, w moją stronę. Rzucam parasolkę, którą wzięłam na wszelki wypadek i zrywam się do ucieczki, słyszę ich śmiech i kroki za swoimi plecami. Nagle czuję jak odbijam się od czegoś i upadam na chodnik, moje serce bije jak oszalałe i najpierw sprawdzam czy mam jeszcze czas na ucieczkę przed tymi ćpunami, ale ostatecznie stwierdzam, że nie mam dużych szans. Następnie spoglądam na przyczynę mojego upadku, sztywnieję. Jest to jakiś mężczyzna w skórzanej kurtce, z tego co mogę stwierdzić, bo światła tu prawie nie ma, to jest to szatyn.
- Dzięki, że nam pomogłeś znaleźć dupę na dzisiejszą noc.- rechocze jeden z moich prześladowców, a ja blednę. Nie, nie, nie proszę tylko nie to.
- Spieprzajcie zanim wam coś zrobię.- warczy wściekły, patrzy na mnie i z powrotem na nich.- Ona jest moja.- cedzi przez zęby, że co?
- Dobra, dobra przepraszamy.- unoszą ręce w geście obrony i odchodzą. A ja parzę się ze strachem na mężczyznę przede mną.
- Co taka piękna kobieta robi sama o takiej porze i to w tym miejscu?- pyta z kpiącym uśmieszkiem, co mnie przeraża jeszcze bardziej.- Przecież ktoś mógłby cię zgwałcić, porwać lub zabić.- cofam się powoli, ale wciąż leżę na ziemi, on tylko podaje mi rękę, którą chwytam i czuję jak delikatnie ciągnie mnie ku górze, dzięki czemu wstaje.
 - D-dzię-dziękuje.- wykrztuszam przerażona jego zamiarami wobec mnie.- Ja chciałam tylko pójść coś zjeść...- tłumaczę się jak 10 latek rodzicowi, dlaczego odszedł od niego na chwilę. Do moich uszu dobiega jego śmiech, bawię go swoim zachowaniem.
- To może pójdę z tobą dalej, aby nikt cię już nie gonił?- proponuje z kpiącym uśmieszkiem.
- N-nie dziękuję.- wzrusza ramionami.
- Jak coś ci się stanie to pamiętaj, że proponowałem pomoc.- śmieje się.
- A jaką mam pewność, że ty mi nic nie zrobisz?- pytam zaciekawiona. Podchodzi do mnie bliżej.
- Moje słowo kochanie.- przełykam ślinę.
- N- nie jednak nie ja i tak zaraz dojdę, więc...- przerywa mi podchodząc do mnie tak blisko, że stykamy się klatkami, nogi mi miękną i serce przyspiesza.
- Dojść to możesz tylko ze mną, śliczna.- uśmiecha się porozumiewawczo i odchodzi.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hej hej!
Tak oto prezentuję jedyneczka.
I wytłumaczenie :
Na razie piszę nową historię i starą albo skończę, albo będę czasem dodawała rozdziały. 
Ala na razie nie mam na nią pomysłu, więc zaczynam nową,
Brawo Julia! 
Przepraszam za błędy, ale rozdział pisany na szybko, więc przepraszam za błędy.
Poprawię na tygodniu.
Czekam na wasze opinie :*